Słoneczniki – E. Grymel
Drodzy sympatycy mojej strony, chciałabym Wam podarować trochę lata w środku zimy. Oto moja kopia słoneczników van Gogha wykonana wiele lat temu. Serdecznie Wszystkich pozdrawiam! – Elżbieta Grymel.
Zapraszam do oglądania innych moich prac
Emigracja zarobkowa
Ja tu nie mieszkam,
Ja tylko tu pracuję!
Tam daleko
Jest moje miejsce,
Jest moja rodzina!
Nie Tu,
Lecz Tam!
Stoję nogami
Na dwu kamieniach
A środkiem rwie
Życia Rzeka.
Jak długo
Jeszcze?
Jeszcze trochę…
Zarobię
Na dom
I na i na…
Na to
Co trzeba…
Syn wyrósł tymczasem
I patrzy na mnie
Jak na obcego
Kiedy rękę
Wyciąga!
Do domu…
Do domu…
Muszę wytrzymać
Jeszcze trochę,
Jeszcze To,
Jeszcze Tamto…
Jutro wracam
Na stałe
Tu gdzie
Mieszkałem,
Ale
To już nie mój
Świat!
Nocami wracać
Będę tam,
Gdzie tylko
Obecny
Byłem ciałem.
Tam coś
Zostało!
Gdzie tylko
Pracowałem…
Tyle lat!
Ni ma jak starka a starzik
Ni ma jak starka a starzik
Hańdowni, było cołkiym inaczy jako dzisio, jak sie co potrzebowało wiedzieć, abo sie miało jakoś starość na sercu, dycki szło sie ku starce abo starzikowi. Łoni dycki jako rada znodli, no przeca już trocha na tym świecie żyli a wiela widzieli! Starki umiały dobrze warzić, znały się na chorobach łod ludzi a łod zwierziny. Starziki mogli wiela pedzieć ło robocie a bezto, że byli za młodu na wojnie, ani diobła sie niy boli, to dziecka a wnuki ich radzi słuchali.
Teroz bez te komputery a internety wszystek się zmieniło. Dzisio, jak dziecka czego niy wiedzom, zamiast do starzikow lecom do komputera ale zom na internet, bo tam wszystek i jeszcze za tela znojdom! Dostarzikow iść sie spytać mało kiedy mogom, bo łoni czynsto daleko łod nich miyszkajom.
Dzisio nastały taki czasy,
Na samym poczontku nauki na komputerze pobiyrałach u naszych dziecek, a moji kamratki Cilki buszować po internecie nauczył wnuczek Piotruś, co jeszcze ani do szkoły niy chodził. To było dość keryś rok nazod. Cilka pojechała ku swojim dzieckom do Rajchu. Miała tam być ze dwa-trzi miesionce, bo ni mioł gdo ze małym Pyjtrym łostać, jak łojce szli do roboty.
że my starsi tyż sie mogymy łod młodych wiela nauczyć.
Dogodaćsie ze wnuczkiym poradziła, bo piyknie godoł po naszymu, ale łonamiała wielki strach łod tych elektrycznych fizymatyntow, cosyneczek sztyjc przi nich bajstlowoł. Puszczoł se bojki apieśniczki tak głośno, ze Cilce łeb urwać chciało. Jak jużtego było zatela, to dycki wyciongała wtyczka ze sztekra, ale potymdała se pozor jako to trza zrobić. Troszka niyskorzi ziyńć kupiłkomputer a Pyjter wszystek połapoł zaroz na drugi dziyń. Groł wejakiś gry a potym łoglondoł internet, ale Cilki to wiela niyzainteresowało. Jedym roz mały przilecioł ku ni, a padoł ji, zemu jakiś łobrozki przeszkodzajom.
Starka szła sie podziwać, co tam sie dzieje, a mało niy padła łod zgrozy! Chocioż sama dość staro była, takigo szpeciarstwa jeszcze we życiu niy widziała!Medytowała bez kwilka, a potym tym samym kneflikiym, co sie załonczało, komputer wyłonczyła. Skuli tego caluśki dziyń była we nerwach, eli czego niy popsuła. We wieczor padała ło tym cerze,a łona ji obiecała, że jom wszystek nauczy, ale Piotruś wyszkolił starka piyrszy!
Teroz Cilka śmigo na tym komputerze lepi jak jo, a udało sie ji jeszcze swojigo chopeczka wyszkolić, chocioż godoł, ze je łoporny do nauki.
Grymlino.
Zapraszam do czytania – po naszymu.
JONA
JONA
Pilot poczuł silny ból w czaszce. Oznaczało to, że powoli powracał do świadomości. Nad nim pochylała się eteryczna postać.
-Czy jesteś aniołem ? – zapytał z wielkim wysiłkiem.
-Nie, ja jestem JONA! Nasi ludzie złowili cię w kosmiczną sieć! Dobrze się stało, że pozwolono mi ciebie zatrzymać…
-Jacy ludzie…jaka sieć…niczego nie pamiętam…
-Bo nie możesz…Wyrzuciło cię w przestrzeń!
-Gdzie ja jestem, powiedz?!
-Na Wenus, Ziemianinie! – odparła oschle. – to Wy przybywacie tu nieproszeni w swoich kapsułach…
-Na Wenus? Przecież tam nie ma życia!
-Jest, jak widzisz! Chociaż we wnętrzu planety, nie tak jak u was – na powierzchni…Jak mogłeś tak sądzić, przecież Wenus świeci, to płonie nasza życiowa energia!
-Chcesz przez to powiedzieć, że byliście na Ziemi?
-Wiele razy…tak mówi Mózg, lecz nam tego nie wolno pamiętać…
-Dlaczego?
-Od wspomnień ludzie się starzeją…
-To też mówi wasz Mózg? Czy rozumiesz słowo „wspomnienie”? Ja wszystko pamiętam, co robiłem na ziemi, dom, matkę, rodzeństwo, choć było to tak dawno!
-Dlatego się zestarzejesz… nawet u nas!
-Czy u Was naprawdę, nikt nigdy się nie zestarzał, ani nie umarł?
-Podobno zdarza się to niezmiernie rzadko, ja przynajmniej nie słyszałam, choć żyję trzysta wenusjańskich lat, ale gdyby to komuś się przydarzyło, zawsze może poprosić Mózg o nowe ciało, bo duch się nie starzeje, Wy też w to wierzycie, prawda?
Przyjrzał się dziewczynie. Wyglądała młodo i kwitnąco…trzysta lat, kto by pomyślał, no, no, no…
-Tak, wierzymy! – odparł po chwili namysłu. – ale my nie potrafimy zmieniać ciał…
Od tamtej rozmowy upłynęło wiele lat.
Pilot poznał tajemnicę Wenus, więc nie mógł wrócić, choć tęsknił niezmiernie za Ziemią i tymi, których tam zostawił. To właśnie wspomnienia z odległej planet były przyczyną tego, że zestarzał się tak szybko, podczas, gdy jego ukochana JONA była wciąż młoda i piękna! Ale ona nie miała przecież żadnych wspomnień…
Któregoś dnia znaleziono w kapsule sypialnej jego umęczone ciało – duch odszedł gdzieś daleko.
-Może na Ziemię – pomyślała JONA i jedna, jedyna gorąca łza spadła z jej oka.
Pilot odszedł, a JONA pozostały tylko wspomnienia!
W końcu, po wielu, wielu latach, nadszedł dzień, w którym gorąco zapragnęła, żeby wrócił.
-Jestem, wzywałaś mnie przecież! – usłyszała jego ciepły, męski głos. Pilot był znów młody!
-Czy poznajesz mnie Ziemianinie? – zapytała z obawą w głosie.
-Tak, JONA, zawsze poznałbym twoje kochające serce! – Ziemianin przytulił do piersi zgarbioną postać Wenusjanki. –Nie martw się! – wyszeptał czule. – Możesz przecież poprosić Mózg o nowe ciało!
-Moja starość już mnie nie martwi – odparła – i dlatego tego nie zrobię!
Trzymając się za ręce, pilot i JONA razem przeszli bramy śmierci. W komfortowej kapsule na Wenus został tylko zeschnięty zewłok, który więził jej duszę.
Po chwili dwa młode duchy mknęły ku szparze w kosmicznej przestrzeni, gdzie czekał na nie dobry Bóg.
Zapraszam do czytania moich polskich opowieści.
Nasza godka
Nasza godka
Mojimu starzikowi Johanowi łogromnie sie ckniło za robotom na roli. Bezto wzieni se ze starkom maluśko działeczka na „łogrodkach” wele żorskigo gimnazjum. To były same bażoły, ale starzik jom piyknie wyflyjgowoł a posadził na ni łowocowe krzoki a stromiki. Takich świyntojonkow a wieprzkow ni mioł żodyn somsiod! Jo to wszystek pamiyntom, bo żech tam za bajtla chodziła ze starkom, ale starzika Johana znom yno ze fotografije, bo umrził dziesiyńć lot przed mojim narodziynim. Mieli my tam tyż jedna czarodziejsko rzecz: we starzikowej zegrodce rosła płonka, co jom wszyjscy przichodzili łoglondać! Ze jednej strony rosły czerwione jabka a ze drugi gruszki miodowki. Starzik chcioł na ni jeszcze zaszczypić śliwki, ale to się niy powiodło…
Ze naszom godkom tyż je tak,
jak ze tom starzikowom płonkom! Wiela momy w ni starych, polskich słow, som tyż słowa czeski, morawski i nimiecki, ale tak przekryncone na nasza godka, że ani wiela rozeznać niy idzie, skond sie wzieny, a insze sie wcale niy przijeny, jak te starzikowe śliwki, a to wszystek bezto, że ku ni niy pasowały!
Ludzie ze cołki Polski godajom, że ślonsko godka je twardo a majom prawie! Ślonzok musioł być twardy, bo inaczy by sie już downo zmiynił we Morawiana, Czecha, Austryjoka abo we Niymca. Żył ze wszystkimi w zgodzie, ale se swoja godka zachowoł bez prawie szejset lot, chocioż władza a czasy sie porzad zmieniały! Ślonzok niy rod ciepie słowa na wiater, bezto nawet jak komu przaje, to mu tego niy powiy.
We starczynej familiji godało sie yno po ślonsku. Chocioż wszystki dziecka do nimiecki szkoły chodziły, musiały sie tyż w doma uczyć po polsku czytać i pisać. To sie wszystek potym przidało! Jak po piyrszej wojnie nastała Polsko, to moja starka na rybnicki banie mogła robić. Jedynie jeja mamulka godała, że jak te „bismarki” sam ku nom prziszłi, to by sie mieli raczyj łoni uczyć po naszymu”, a po nimiecku się niy nauczyła. Za to kożdy dziyń rzykała ze starej, polski ksionżki, bo inkszej ni miała! Ta ksionżka to je nasza nojdrogszo pamiontka. Wydrukowali jom w 1847 roku we Mikołowie we drukarni Nowackigo.
Podziwejcie sie, moji roztomili, na swoja gora, możnej tam jeszcze co ciekawszego znojdziecie!
Grymlino.
Zapraszam do czytania po naszymu.
Jak dziod nauczył torbę rozumu
Jak dziod nauczył torbę rozumu
Kiedy byłam mała, często zostawałam w domu z babcią. Niestety, nie zawsze chciałam słuchać jej poleceń. Babcia robiła wtedy srogą minę (choć oczy jej się śmiały) i pytała
Gdo tu rzondzi: dziod abo torba?
A z tym dziadem to było tak:
Dziad wybierał się na żebry i rozkazał swojej żonie, żeby posprzątała dom. Dziadówka była głupia a na dodatek leniwa i kiedy mąż wrócił po paru dniach, zastał ten sam bałagan. Postanowił, że nauczy babę rozumu, ale tak, żeby się nie zorientowała, co on zamierza. Następnego dnia powiesił swoją dziadowską torbę na kołku w kuchni i rozkazał:
Torbo, jak przida nazod mo sam być porzondek jak ta lala, rozumisz, bo inaczy bydzie lyms! – i na odchodnym pogroził jej kijem.
Kiedy wrócił w mieszkaniu nadal panował bałagan, jeszcze większy niż poprzednio.
Podziwej się – powiedział do żony – ta torba mie wcale niy słucho! Trza ji pokozać gdo sam rzondzi! Jo jom spiera krykom, a ty bydziesz jom trzimać, coby niy uciykła!
Dziad wręczył babie torbę i rozkazał trzymać w wyciągniętych rękach. Potem zamachnął się laską, ale uderzenie, zamiast w torbę, trafiło w dziadówkę. Było tak silne, że baba skuliła się i zawyła z bólu.
Wiysz babeczko, – powiedział na to dziad – to tak niy idzie! Tak bych cie mógł ukrziwdzić, lepi ci ta torba powiesza na pleca! Teroz je lepi! Teroz cie już niy pizna, dowej pozór , co zrobia! No, gdo sam rzondzi: dziod abo torba?
Znowu razy posypały się na biedną dziadówkę, która ledwo wyszeptała:
Dziod sam rzondzi chopeczku, dziod! Jo już wszysko rozumia! Jo sie zaroz poprawia! – i nie czekając na dalszy ciąg wzięła się do roboty.
Tak to dziad nauczył torbę rozumu, a że przy okazji dostało się i dziadówce… No cóż, gdzie drwa rąbią tam drzazgi lecą!
Zapraszam do czytania – Po co komu kryka.
Kurzić abo niy? Jak już kery kurzi…
Kurzić abo niy? Jak już kery kurzi
Nojlepi by było wcale sie niy uczyć kurzić. Dycki to młodym godom. Jak już kery kurzi, to by sie mioł, co nojrychlij łoduczyć, ale to ni ma tak łaps! Wiym coś ło tym, bezto żodnego niy byda namowiać na ciepniyńcie kurzynio. Ani straszyć rakiym pluc, bo to niy pomoże, jak sami sie niy zaweznymy. Chcieć to je dziepiyro poła sukcesu, a na ta drugo poła muszymy się jeszcze fest naharować!
U nos we familiji było trocha kurzokow. Choćby taki ujek Bolek, co kurził łod osmego roku życio, nojprzod po lekuśku, a potym i po paczce na dziyń. Trzimoł sie tyj normy chocioż mioł już bez siedymdziesiont lot. Godoł, ze wyndzone miynso sie dłużyj trzimie! Na raka pluc niy umrził. Dorobił sie polipow we nosie, co mu fest przeszkodzały we dychaniu.
Mój starzik Paul,
co był fesztrym, we lesie nigdy niy kurził, ale za to w doma mioł tako drzewiano skrzinka skowano na kachloku a w ni prawe cygara. Zaroz po wojnie kurził fajfka cołkiym jak jego łojciec, co tych fajfkow mioł aż piyńć. Jak pokozały sie we sklepach polskie cygara, to starzik był łogromnie rod, jak mu kery ich kupił na urodziny. Pora razy ciepnoł kurzyni a potym za pora lot zaś zaczon łod nowa.
Kurził też mój szwiger, ale jak sie zapar a padoł, że łod jutra niy kurzi, to słowa dotrzimoł i za to żech go dycki podziwiała!
Na jedyn czos kurził tyż moj chopeczek, ale łon tak raczyj pokurzowoł do towarzystwa, ale po jakimś czasie ciynżko mu było ze tymi cygaretami skończyć!
Nikere moji kamratki tyż kurzom a dycki mi godajom, ze jo kupa piniyndzy uszporuja, prawie skuli tego, że niy kurza, ale co z tego, kiej jo se za te oszczyndności nic kupić niy poradza!
Ponoć ze tyn kurzynim je tak, jako ze jazdom na kole – tego sie niy zapomino!
Starczy, ze cie kery poczynstuje, a jak niy dosz se pozor, wsadzisz cygareta do gymby i cołko, choćby i długo abstynencyjo na nic! Bezto prosza Wos roztomili, pomyślcie choć troszka ło swojim zdrowiu!
Grymlino.
Zapraszam do czytania Lepiej spotkać wilka we lesie.
Wieczor Trzech Kroli
Wieczor Trzech Kroli
Łońskigo roku we „Trzech Kroli” potkałach starka Somerliczka. Zaroz zaczła mi sie uskargować, że ani ni mo do kogo gymby łotworzić! Starka dycki tak piyknie bojała, bezto żech jom pytała na swaczyna, a ujek Gerat som prziszeł ku nom, bo mu sie za ludziami ckniło. Jak uwidzioł starka, to chcioł łod dźwiyrzy uciekać, bo ci dwa se niy przajom, ale jednako łostoł do wieczora. Postawiłach na stoł kawa a kołocz ze syrym, ale łoba dali siedzieli jako te sopuchy, dziepro mój ślubny zaczon godka:
-Powiydźcie mi, roztomili, kaj była nojwiynkszo rewolucyjo na świecie?
Zaczyni zgadować jedyn bez drugigo, ale żodyn niy trefił.
-No przeca u nos we Polsce – łodezwałach sie we końcu. – Isto pamiyntocie, że nom Trzech Kroli łoroz zniyśli! Wszyscy sie łośmioli a Somerliczka zaczła bojać.
Podle ni tych kroli było aże sztyrech!
Tyn szczworty to mioł być kajś ze wschodu, kaj sie starka narodziła, ale szoł tak pomału, że do betlejymki niy zdonżył, bo ludziom po drodze pomogoł…
-I tu sie starko mylicie! – przerwoł ji ujek. – Tyn chop to był gorol ze naszych gorow, co wiela zbójowoł, a potym za grzychy żałowoł a szoł na pońć do Ziymi Świyntej, tam go rozpoznoł jedyn Rzimian, co mu kiejś dukaty społu ze miyszkiym ukrodł, bezto go tam na krziż powiesili jako tego dobrego łotra!
Jo mało niy forskła śmiychym, ale puściłach ta łostro godka na insze glajzy:
-Co padocie, a te dary łod kroli, co to było, bo mondrzi a uczyni tego świata godajom roztomańcie…
-Ło złocie godać niy bydymy, kożdymu sie przido! – ozwoł sie ujek – ale ta mirra to był taki lyk na rany, piernikiym gorski…
Zaś podle starki, to był lyk na kaszel a wonioł skurzicom, no bo przeca we tyj betlejymce było zima, bezto Dzieciontko charlało wiela wlazło!
-Przi ludziach sie sfami niy byda wadził, bezto nic niy byda godoł… – padoł ujek a skrzanie mu lotały!
Haja wisiała we lufcie, ale zaklupała do nos somsiadka Galiszka ze korbflaszom pod parzom Jo zaroz prziniosła szkloneczki a hnet godka sie zmiyniła. We wieczor ujek padoł, że pódzie starka łodkludzić do dom, chocioż miała cołkiym blisko.
Za pora dni potkałach Somerliczka na torgu, a padała mi tak:-Tyn Gerat to je fajny chop yny troszka fulała, ale my sie jakoś w końcu dogodali.
Sami widzicie, niy darmo godajom, że we wieczor Trzech Kroli sie cuda dziejom! Grymlino.
Po raz pierwszy opublikowano w Nowiny: 2010/01 (2737)
Słowniczek:
Haja – awantura,
Swaczyna – podwieczorek.
Zapraszam do czytania moich innych opowieści: Karnawałowo muzyka
Z Nowym Rokiym nowym krokiym – dieta trza brać po leku
Z Nowym Rokiym nowym krokiym. Na Nowy Rok ludziska se dycki życzom wszyskigo dobrego. A potym ło tym zapominajom abo liczom, że sie te życzyni samo spełni! Kupa lot nazod, jak moja cera szła do Piyrszej Komuniji, uczył jom taki fajny starszy ksiondz. Łon padoł dzieckom tak:
-Jak ci gdo co życzy, to ty potym musisz tak robić, coby sie te życzyni spełniło! Dejmy na to starka ci życzyła, cobyś sie dobrze uczył. To ty musisz sie wziońć za nauka, bo inakszy sie starczyne życzynie niy spełni…
Doł jeszcze dzieckom pora takich przikładów i jak żech go tak suchała, toch prziszła na to, że łon mo prawie! Samach sie tyż trocha nauczyła, bo przodzi, by mi to ani do gowy niy prziszło!
Nasza ciotka Zuzka,
co dziewiyndziesiont lot zeżyła, we kożdy nowy rok se postanowiała, że troszka schudnie, bo wożyła bez sto dwaścia kilo a fest norzykała, że sie skuli tego niy poradzi piyknie oblyc! Godała, że na nia pasujom yno namioty, co majom dugi masty, bo ciotka była fest wielgo, kole metra łoziymdziesiont! Jednako cołki lata ze tego ciotczynego postanowiynio nic niy wychodziło, bo łona miała dycki tela roboty, że rychło ło nim zapominała!
Jak jeji synek sie wyksztołcił na doktora medycyny, padoł, że mamulki prziwachyje bo sie boł, że i serce wysiednie! To były te czasy, co ło dyjecie mało kery słyszoł, bezto Francik musioł se zadać kupa proce a som jom napisać na papiorze. Jak była już gotowo, to poła ze tych rzeczy, co tam figurowały, ciotce sie niy widziało!
-Synku, jo po gorolsku warzić niy byda! Sam mo być wszystek ślonski i to, co mi smakuje!– godała, a doktorek broł papior nazod a zaczynoł łod nowa.
I tak było jeszcze pora razy! Jednako na swoji urodziny, co przipadajom we lipniu, ciotka już niy poradziła sie wymigać a kartka przijyma. Yno że tyj dieta niy zaczyna zaroz. Padała, że to se trza brać po leku i łona tyż zacznie łod pyndziałku, ale żodnymu niy padała łod kerego!
Ciotka cołkiym inakszy pojmowała dyjeta niż Francik. Do końca żywota miyndzy łobiadym a wieczerzom niy jadła nic, coby ji niy smakował. Z Nowym Rokiym nowym krokiym.
Grymlino.
Słowniczek:
prziwachować – przypilnować,
kupa proce – sporo wysiłku,
nie widzieć sie – nie podobać się,
brać cosik po leku – powoli,
wieczerza – kolacja.
Opowiadanie po raz pierwszy ukazało się w Nowiny Tygodnik Regionalny
Wydanie: 2013/01 (2893)
Zapraszam do czytania zeszłorocznej Nowo rocznej opowieści – Witej Nowy Roczku.
Silwestra -Silwerstrowe kupowanie

Silwestra -Silwerstrowe kupowanie
Zaczło sie łod tego, że jo już pora lot nikaj na Silwestra niy była. Kamratka padała, że łona tyn rok idzie ze chopym na muzyka do rymizy strażacki we swoji wsi, a ło te dwa miejsca, to sie nom postaro. Po jedno po blisku a po drugi niydrogo. Jeszcze jodła miało być fol, ale halba, to smusieli chopy sami prziniyść, bo tam wyszynku miało niy być.
Zaroz na drugi dziyń jo ciepłach sie ku szranku, ale tam niy było nic modnego! Znodłach jedyn czorny komplet, co by uszoł, jakby ze bluzki ta pozłotka niy slatywała. Zaroz żech go wyciepła, choć przeleżoł siedym lot! Potym, łobejrzałach jeszcze czorno, długo kiecka, ale miała flek, łod czegoś masnego. I tak dobrze, że mi sie we szranku mole niy zalongły! Miałach tyż piykno bioło bluzka, co w ni yno roz byłach na rozdaniu nogrodow, ale kamratka padała mi, co już taki niy som we modzie! Skuli tego ugodały my sie, że pojadymy za tydziyń do sklepu do Rybnika. Przeszła żech sie u nos po butikach, ale ciuchy zdały mi sie dość drogi, bezto padałach se, że te pora dni jeszcze zetrwom.
Spotkały my sie pod cyntrum handlowym.
Wlazły my do piyrszego z kraja sklepu, ale tam młodo sprzedowaczka już łod proga padała, że nic na nos niy znojdzie a posłała nos do butiku ze rozmiarami XL. Tam tyż my niy znodły nic, na czym by szło łoko zawiesić: nic yno szaro-burki, a tego to jom cołki szrank! Wlazły my jeszcze do sklepu do „puszystych paniczek”. Ale tam było jeszcze gorzi! Jak mi sie podoboł kolor, to szaty wyglondały jak namiot, abo były za długi. Kamratka dopasowała chocioż lilowo bluzka a jo ni miała porzad nic, a chciało mi sie płakać!
W końcu paniczka sprzedowaczka padała niyśmiało, że mo jeszcze jedne szaty. Coby możnej na mie były, ale som troszka drogsze. Przimierziłach a rychtik pasowały. Yno cyna zwaliła mie z nogow. Kosztowały bez dwa tysionce! A kaj jeszcze strzewiki a taszka? Ku takim eleganckim szatom przidała by sie tyż piykno keta abo prawe korale! Ludeczkowie roztomili, jo za taki piniondze bez dwa miesionce użyć musza ze familijom, bezto, na żodno muzyka tyn roku niy ida!
A Wom wszystkim życza fajnej zabawy a Szczyńśliwego Nowego Roku 2019!
Wasza Grymlino.
Słowniczek:
Nikaj – nigdzie,
Fol – dużo,
Halba –pół litra,
Zetrwać – powstrzymać się , wytrzymać,
Keta – łańcuszek, kolia.
Zapraszam do czytania : Witej nowy roczku.