Harynek a Popielec

Harynek a Popielec Moja starka rodym ze Jejkowic łogromnie rada bojała ło tym , jako to było za jejich modych lot. Przed piyrszom wojnom czasy nojlepsze niy były, ale ludzie sie radzi weselili i żodnej muzyki niy łopuścili! Czasym to i kupa zwady skuli tego było, jak...

Ze modym ciynżko sie dogodać

Ze modym ciynżko sie dogodać Moja kamratka Irma porzad robi we tyj samej firmie, co my w ni kejś łobie robiły. Łostało i jeszcze dwa lata do pynzyje. Nikedy sie jednako na ta swoja robota uskarguje! Niby ni mo ciynżko, bo kadrowo je, ale łostatnio łopedziała mi taki...

Zimowe starości

Zimowe starości Bez zima to je tak: Jak je śniega za tela, to je źle, ale jak go ni ma, to je jeszcze gorzi! Nojlepi by było, coby tego śniega było w somroz. Mrozu troszka niy zaszkodzi, coby chrobajstwo wyginyło i coby wietrziska niy było. Wtynczos trza fest we piecu...

Sago plaża

Sago plaża Na dworze wiater wieje, a je fest zima, bezto dzisio bydzie jedna piykno spōminka na lato. Mōżnej, że ôd tego sie Wōm na sercu ciepli zrobi? Doś pora lot nazod jedyn mōj znajōmek, co mu Waldek je na miano, wygroł rajza do Francyje. Ôgrōmnie sie skuli tego...

Lutowi świynci

Lutowi świynci Downi to we lutym ludziska fest świyntowali, bo tyż świynta były co pora dni, jedne za drugim. Jak sie zaczło 2 lutego łod Matki Boski Gromnicznej to sie kończyło na świyntym Macieju. Piyrwej Gromnice to było świynto cołkom gymbom! Dziyń przed nim sie...

Co jyże robiom bez zima?

Co jyże robiom bez zima? Na podzim jyże idom spać, bezto niy wiym, czamu dziepiyro teroz ludzie ło nich se przipomnieli a wymyślili Dzień Jeża? Jedyn znajomy feszter mi padoł, że to nejści skuli tego, że je ich coroz myni i trza pomyśleć nad tym, coby sie cołkiym ze...

Bez telewizora

Bez telewizora Nasze dziecka tego niy pamiyntajom, bo łoni telewizor mieli „dycki”, ale moji łojcowie kupili te „czarodziejski pudło” dziepiyro poczontkiym siedemdziesiontych lot. Wtynczos telewizor był już we prawie kożdej chałpie, ale przodzi małokery go mioł. Jak...

Józikowo pokuta

Józikowo pokuta Starzik Konsek mioł yno jednego wnuka. Synek mianowoł sie tak samo jak starzik, ale nic wiyncy po nim niy erbowoł! Stary Konsek był za bajtla posuchliwy, pomogoł łojcom we robocie a łogromnie go we szkole kwolili, bo był grzeczny a dobrze sie uczył....

Szczworty krol

Szczworty krol Jak sie Dziecionteczko narodziło, to go chcieli nawiydzić aże sztyry krole ze dalekich krajów, było im Kasper, Melchior, Baltazar a Atraban. Ci trzej byli fest bogaci, bezto niy starali sie ło podaronek do Jezuska, ale Atraban musioł sprzedać wszystek,...

Pocieszno kolynda

POCIESZNO KOLYNDA Tako pocieszno kolynda przidarziła sie naszyj familiji tak ze dwa lata po drugij wojnie, kej mie jeszcze na świecie niy było! To była niydziela, a farorz miol prziś kole czwortej po połedniu. Moja ciotka Gryjtka szła na noc do roboty do łodlywnie,...
Korale żorskiej Matki Bożej

Korale żorskiej Matki Bożej

Korale żorskiej Matki Bożej

Tekst nagrodzony w konkursie literackim „Historie (nie) zapomniane” przez miesięcznik „Bluszcz” maj 2009 r ( str.54 ).

Jako mała dziewczynka często chodziłam z babcia do kościoła. W tamtych czasach nabożeństwa były bardzo długie, nawet zwykła msza trwała ponad godzinę. Długie oczekiwanie rekompensowała mi możliwość „pójścia na ofiarę”, kiedy to my, zwykli śmiertelnicy, mogliśmy wejść za balaski i przejść za samym ołtarzem, gdzie było ciemno, chłodno i pachniało starym drewnem i kurzem. Zanim jednak wkroczyłam w ten mroczny świat mijałam po drodze gablotki z wotami złożonymi Matce Bożej Miłosiernej.

Czego tam nie było: wytłoczone w pozłacanej lub posrebrzanej blasze oczy, ręce, nogi, malutkie postacie aniołków i dzieci, serca z promykami lub bez, korale z żółto-mlecznego bursztynu o wielkich owalnych paciorkach, dziwne, duże różańce i wiele innych ozdób, przeznaczenia których nie byłam w stanie odgadnąć. Lubiłam popatrzeć na nie chociaż przez chwilę. Kiedyś moją uwagę przykuły trzy grube sznury czerwonych korali i zawieszony tuż obok spłowiały, jasny spleciony w warkocz kosmyk falistych włosów przewiązany równie spłowiała wstążką, której koloru nie dało się określić.

Wydawało mi się, że ten ostatni przedmiot nie pasuje do reszty. Po mszy zapytałam o to babcię, ale moja babcia nie była rodowitą żorzanką i na temat tej historii wiedziała niewiele, tylko tyle, ile usłyszała kiedyś od nieżyjącego już męża (a mojego dziadka), który pochodził z Baranowic: miała to być historia jakiejś wielkiej miłości. Kilka lat później opowiedziała mi ją pewna kobieta, która przed laty służyła u mojego dziadka ze strony ojca.

To był prawdziwy skandal,

dworski wyrobnik odważył się zakochać w gospodarskiej córce! Biedny „jak kościelna mysz” chłopak pracował we Starym Dworze leżącym na pograniczu Baranowic i Dolnych Osin. Jego wybranka była córką najbogatszego gospodarza we wsi. Młodzi spotykali się w tajemnicy w pobliskim dworskim lasku.

Jakaś „usłużna, a może zazdrosna dusza” doniosła o tym ojcu dziewczyny, a on urządził na nich zasadzkę. Z pomocą swoich „pachołków” pobił chłopaka a dziewczynę zaciągnął za warkocz do domu i zamknął w ciemnej komorze. Sądził, że jak posiedzi w ciemnicy o chlebie i wodzie, to po kilku dniach spokornieje i przystojny biedak wywietrzeje jej z głowy. Młodzieniec nie dawał jednak za wygraną: ze swoim wujem, który był dworskim cieślą poszedł nazajutrz prosić o rękę dziewczyny. Gospodarz przyjął ich przed sienią. Słysząc prośbę chłopaka, zaśmiał się szyderczo:

-Co ty se myślisz dworsko plewo, że ci dom moja dziołcha? Jom dostanie yno taki bogocz, co ji kupi ze trzi sznurki prawych a rubych pociorków, a ty tego we życiu mioł niy bydziesz, zasrańcu! Jak by niy twój ujek, co go szanuja, to bych ci downo nogi ze zadku wytargoł! Som uwidzisz, że moja Neżka bydzie tańcować na swoim weselu na Godni Świynta, a ło ciebie zapomni…

Te okrutne słowa zapadły młodemu Mateuszowi głęboko w serce.

Wiedział, że ojciec Neżki nigdy nie rzucał słów na wiatr. Do Godnich Świont zostało zaledwie kilka miesięcy. To był zbyt krótki czas, żeby zarobić na trzy sznurki „szumnych” a do tego jeszcze „prawych” korali. Na to trzeba by było kilku lat, a dziewczyna nie mogła czekać tak długo. Te korale stały się w końcu jego obsesją: myślał o nich w dzień i śniły mu się po nocach.

-Idź ty synku lepi do spowiedzi , bo coś mi sie zdo, że cie tyn czorny zaczyno kusić, a to sie musi źle skończyć! – poradził mu „ujek”.

Mateusz posłuchał rady wuja i wczesnym rankiem, choć to był dzień powszedni, wkroczył do żorskiego kościoła. Od razu skierował swe kroki do bocznej kaplicy Matki Bożej obok, której stały konfesjonały. Ukląkł na klęczniku, żeby się pomodlić przed spowiedzią, kiedy uniósł głowę i spojrzał na oblicze Madonny, doznał olśnienia! Obraz okrywała nowa „sukienka” ze złoconej blachy pokryta wielobarwnymi klejnotami a w okolicy szyi Matki Bożej umocowano trzy grube sznurki prawdziwych korali. Przedmiot jego marzeń był w zasięgu ręki, wystarczyło się tylko wspiąć! Jest przecież młody i zwinny… Czerwona mgła zasnuła mu oczy, wybiegł z kościoła jak „oparzony”, nie wiedział nawet, jak dotarł do domu!

Od tego czasu nie mógł opędzić się od pokusy: nie jadł, nie spał, dzień i noc siedział tylko pod dworska stodołą, nie reagował na ludzi, choć wodził za nimi dzikim wzrokiem, był bliski obłędu! …Któregoś dnia zniknął.

Nogi same go poniosły pod żorski kościół.

Prawie cały dzień przeleżał w bocznej nawie, ukryty pod ławą stojącą w ciemnym kącie. Odważył się wyjść dopiero, kiedy kościelny zamknął ostatnie drzwi. Szedł prosto do kaplicy, tam w mdłym świetle „lampki oliwnej” płonącej nad tabernakulum zobaczył to, po co przyszedł: korale wisiał na swoim miejscu! Teraz tylko się wspiąć!

Obraz wisiał jednak wyżej niż sądził i nie mógł dosięgnąć przedmiotu swych pragnień, dlatego postanowił wesprzeć nogi na potężnym świeczniku stojącym obok. Prawą ręką uchwycił się gzymsu ołtarza a lewą usiłował odczepić korale od blachy pokrywającej obraz. Szło mu dość nieporadnie! Kiedy miał już korale w ręku, jeden nieopatrzny ruch spowodował, że pośliznęła mu się noga i świecznik spadł z hukiem na ziemię. Złodziej zawisł kilka metrów nad ziemią! Gnany strachem chciał zeskoczył, ale wtedy poczuł, że coś trzyma go za włosy. Uczepiony gzymsu doczekał świtu. Mimo nie wygodnej pozycji Mateusz miał czas zastanowić się nad swoim postępkiem i prosić Matkę Boża o przebaczenie.

Kiedy o świcie usłyszał zgrzyt klucza w zamku, zaczął wzywać pomocy.

Przerażony kościelny pobiegł od razu po proboszcza. Przyniesiono drabinę, ale włosów chłopaka nie udało się rozplątać i trzeba było odciąć cały pukiel, który zaczepił się o wystający detal ramy obrazu.

Ponieważ była to niedziela, zanim winowajca zdążył zejść na ziemię, kościół był pełen ludzi. Wśród nich byli Neżka i jej rodzice. Dziewczyna z płaczem padła na kolana. W ślad za nią poszedł tłum wypełniający świątynię, a proboszcz zaintonował modlitwę błagalną, tylko ojciec dziewczyny stał jak skamieniały, ocknął się dopiero, kiedy ksiądz objaśniony przez młodych , co było przyczyną desperackiego czynu chłopaka, dotknął jego ramienia.

-Pozwólcie gospodorzu, dzieckom sie pobrać! Widzicie, Paniynka sie na nich niy gorszy, bo inacy by sam wos niy prziwiodła!

Wszystko skończyło się dobrze: młodzi pobrali się na Godni Świynta i doczekali gromadki dzieci. Ojciec Neżki wbrew obawom polubił pracowitego zięcia, któremu robota paliła się w ręku. Cała historia poszłaby z pewnością w zapomnienie, gdyby nie miejscowe „starki”, które pokazywały swoim wnukom zawieszony wśród wot kosmyk włosów i opowiadały o niedoszłym złodzieju zawieszonym przez Matkę Bożą na włosku po to, żeby uchronić go przed większym grzechem, jakim było świętokradztwo!

Od autorki: Opowieść o podobnej treści zacytowała w jednym z artykułów kilka lat temu „Gazeta Żorska”

Zapraszam do czytania mojej poezji oraz opowiadań.

Harynek a Popielec

Harynek a Popielec

Harynek a Popielec

Moja starka rodym ze Jejkowic łogromnie rada bojała ło tym , jako to było za jejich modych lot. Przed piyrszom wojnom czasy nojlepsze niy były, ale ludzie sie radzi weselili i żodnej muzyki niy łopuścili! Czasym to i kupa zwady skuli tego było, jak chop abo baba sami po muzykach lotali, a tym drugi siedzoł przi dzieckach!

Moja starka miała piyńć gryfnych siostrow, a łona szósto była we tyj ferajnie. Jejich mamulka to nawet rada była, że wszyski cery idom społu do kaczmy na muzyka, bo se myślała, że jak idom we taki wielgi kupie, to sie im nic złego stać ni może, ale ze tym to roztomańcie było!

Roz jedym na jejich nojmodszo siostra Trudka zaczaił sie taki miglanc ze miasta.

Wetnoł sie ze kamratami , że łon ta „modo cielyncina” na dwor wykludzi i prawie mu sie to udało, ale starczyno siostra Tekla kapła sie co sie świynci, chyciła mietla, co stola wele pieca, a czekała na tego gizda we siyni. Karlus Trudka wytańcowoł do siyni a potym chcioł po ni kusku, ale dziołcha była wstydlawo, a sama niy chciała dziobka dać, no to łon chciał se som wziońć, pocis jom na ściana a rynce i chycił, ale ku niczymu niy prziszło, bo go Tekla skryto pod schodami zaczła prać mietłom a siostry i dopomogły.

Mamulce jednako nic niy padały, coby się niy gorszyła, bo inakszy lotani po muzykach by sie skończyło, a miały być jeszcze łostatki ze harynkiym.
We tyn łostatni dziyń to ci dziepiyro była muzyka, dziołchy a synczyska tańcowali aż sie kurziło: waloszka, mietlorza, polka a wiela jeszcze inkszych, co jo już ich ani pomianować niy poradza, bo to było przeca łostatni roz we tym Karnawale!

Przed dwanostom na sala wloz stary chop a przinios słonego harynka, co wisioł na kiju, a kaczmorka wyniosła na pojstrzodek wielgi garniec żuru a miska pelkartofli (takich we łoszkrabinach). Synczyska brali te kartofle a cylowali we tego harynka tak dugo, aż sie urwoł i spod na ziym, potym kozdy wyciongnoł swoja łyżka a zabrali sie do żuru. Jak na kościele pizło dwanoście, to sie ludziska porozchodzili do chałpow, bo wczas rano trza było iść do kościoła, posuć gowa popiołym, a potym be szterdziyści dugich dni pokutować za wszyski swoji grzychy.

 

Grymlino.

Jeśli podobało Ci się opowiadanie “Harynek a Popielec” to zapraszam do czytania innych z cyklu po naszymu

Koniecznie zajrzycie na mój profil na Facebook.

Ze modym ciynżko sie dogodać

Ze modym ciynżko sie dogodać

Ze modym ciynżko sie dogodać

Moja kamratka Irma porzad robi we tyj samej firmie, co my w ni kejś łobie robiły. Łostało i jeszcze dwa lata do pynzyje. Nikedy sie jednako na ta swoja robota uskarguje! Niby ni mo ciynżko, bo kadrowo je, ale łostatnio łopedziała mi taki jedyn przipadek, co jom strasznie znerwowoł.

Były przijyncia do roboty we biurze, miejsce było yno jedne, a ludzi kupa. Łona miała wybrać tego istnego, co tam bydzie robił. Irma jednako robi to łogromnie niyrada, boby niy chciała kerymu krzywdy zrobić! I tak, choć niyrada poruch zaroz na poczontku posłała do dom. Bo bo sie i zdali frechowni. Potym była jedna dziołcha, co sie yno porzad pytała wiela zarobi. Tyj tyż niy przijyna, bo podle Irmy ta frela ni miała we gowie roboty yno kasa. Na koniec prziszoł taki mody synek zaroz po studiach i zdoł sie cołkiym do rzeczy.

Łona sie go musiała jeszcze ło wiela rzeczy wypytać, choć sie i to gupie zdało.

– Jaki mo pan zainteresowania?
– zaczyna słodziuśko, a pomyślała se, że i karlus jakiś gupot na nos nawiyszo, jako to dycki było.
– No mam trochę zainteresowań…wiem ,lubię czytać książki historyczne! – zaczon cosikej niypewnie.
– No, a jakie? – spytała sie, choć przipuszczała, że synek zaroz wyjedzie ze Siynkiewiczym abo ze Mickiewiczym…
– No, takie o wojnie… – wystynkoł tyn boroczek.
To był praje taki tymat, co sie Irma na nim niy znała, bezto nic na to niy odpedziała, yno pytała sie dali, co synek robi jak mo frajny czas.
– Czasem jakiś film obejrzę, ale wartościowy, telenowele mnie nie interesują, to dobre dla babć… (i tu se nagrabił!), czasem zagram w szachy na kurniku…

Tego już Irma niy zdzierżyła, bo se pomyślała, że tymu synkowi łod tyj nauki, coś sie we gowie pomiyszało. Bezto, coby go niy znerwować, padała, że tego wypytywanio styknie na dzisio, a jak bydzie przijynty, to do niego zadzwoniom!
Ale tyn „kurnik” niy doł i pokoj, bo coby to miało znaczyć? A jo tyż ło takim czymś niy słyszała. Prziszoł do dom moj synek i łon nos łobie łobjaśnił, że to je taki portal na internecie, kaj idzie pograć we szachy, abo inksze gry.

Jako widać my starsi porzad jeszcze mało wiymy i jak tu sie potym momy ze modymi dogodać?

Grymlino.

Jeśli podobało Ci się opowiadanie “Ze modym ciynżko sie dogodać” to zapraszam do czytania innych z cyklu po naszymu

Koniecznie zajrzycie na mój profil na Facebook.

Zimowe starości

Zimowe starości

Zimowe starości

Bez zima to je tak: Jak je śniega za tela, to je źle, ale jak go ni ma, to je jeszcze gorzi!

Nojlepi by było, coby tego śniega było w somroz. Mrozu troszka niy zaszkodzi, coby chrobajstwo wyginyło i coby wietrziska niy było. Wtynczos trza fest we piecu polić, a nade wszystek, coby nasze umiłowane słoneczko bez cołki rok świyciło a grzoło! Taki to som nasze pobożne życzynia. Jak insi godajom sztelongi, a we żywocie roztomańcie bywo!

Spominom se jedna tako zima,

kej fest śniega nasuło. Zumiynta siongały do trzićwierci naszego płotu. Podle nos, bajtli, łon był richtik fest wysoki! Ze chałpy niy szło wylyź, podwiela tatulek gonka do fortki niy wykopoł! Nasz pies, Burek niy poradził ze budy wylyź i tyż trza było mu do ni gonek wykopać. Jak jeszcze śniega przipadało, to musioł siedzieć we chlywku ze kurami. Co mu sie fest niy widziało, bo lepszy domek ciasny, ale własny! Jednako ku czymuś sie tako zima przydała! To było zaroz po Nowym Roku, my mieli feryje. Tatulek jeszcze reszta urlopu łod łońskigo roku, chlyb był kupiony na pora dni do przodku. To my we chałpie przi żeleźnioku siedzieli, a książki czytali. Bezto nos ludzie niy widzieli łazić, a nikerzi se myśleli, że my kajś pojechali! Tyż gupi myślyni, bo kery by łopatrowoł nasza gowiydź, a jak by mioł ku nom prziś. Kej cołko droga była zasuto śniegym a zumiynta siongały starym do połrzitkow, a dzieckom wyżyj pasa?

We tako noc wybroł sie ku nom złodziyj,

co kury krod. My już spali, pies niy szczekoł, bo siedzioł we chlywiku, co był yno na szkubel zaparty, a we szkublowym uszku wsadzony był dugi patyk. Mój tatulek dycki godol, ze wiyncy niy trza, bo przeca za ścianom śpiymy! Łoroz łobudził nos wielgi wrzask: kury gdokały, kokot pioł, psiok zawyrczoł a potym zaczon wrzeszczeć chop! Moji łojcowie wyskoczyli ze łożka, wciepli na sia stare mantle, co wisiały we siyni, a yno we laczach pognali na plac. Somsiod, co ło nim wszyscy wiedzieli, już był przi fortce. Nasz Burek wisioł mu u rynkowa a ciongnoł go nazod, w końcu mu tym rynkow utargoł! Za tynczos tyn istny zdonżył fortka zawrzić a uciyć. Na drugi dziyń rynka mioł bindom zawionzano.

 

Grymlino.

Jeśli podobało Ci się opowiadanie “Zimowe starości” to zapraszam do czytania innych z cyklu po naszymu

Koniecznie zajrzycie na mój profil na Facebook.

Sago plaża

Sago plaża

Sago plaża

Na dworze wiater wieje, a je fest zima, bezto dzisio bydzie jedna piykno spōminka na lato. Mōżnej, że ôd tego sie Wōm na sercu ciepli zrobi?

Doś pora lot nazod jedyn mōj znajōmek, co mu Waldek je na miano, wygroł rajza do Francyje. Ôgrōmnie sie skuli tego radowoł, a nojwiyncy mioł uciechy, że ta tura była yno do jednego. Bezto żodnego niy musioł ze sobōm brać!

– Teroz to jo se ôddychna! – radowoł sie w duchu, ale macha robiył markotno, że niby mu je żol, że cołki swoji roztōmiłej familije ze sobōm zabrać niy poradzi.
We autokarze Waldek siedzioł ze takim jednym chopym ze Chorzowa, co sie go sztyjc gupoty trzimały, a ku tymu jeszcze rod śpiywoł, a wice godoł. I tak se ôba chopy do gustu przipadli. Bezto bez cołko rajza trzimali sie społu. Te wszyjski miasta, kaj jechali, to sie im fest widziały!

Skuli tego połno fotografijōw natrzaskali,

coby se jejich familije tyż chocioż kōnsek tyj Francyje mogli ôbejrzeć! Ôstatni dwa dni mieli se ôddychnōnć  nad morzym. Pogoda była piykno, na plaży piosek bioluśki
a ciepły! Jak kery ni mioł rod słōneczka to sie mōg pod taki elegancki namiot skryć, a „drinka” se wypić. Jak sie tak ôba chopy piyknie  wygrzoli, a potym jeszcze pora tych „drinkōw” wypiyli, zachciało sie im do hajźlika!! Kej szli nazod dali pozōr, że kōnsek dali je jeszcze jedna plaża, yno że je płotym ôgrodzōno, a ludzi tam ani wiela ni ma.

Tymu chopu ze Chorzowa zaroz gupoty zagrały, a Waldik tyż niy bōł ôd tego, nō, to płot roz-dwa przesadziyli, a za mōmynt bōli po drugi strōnie. Jak prziśli bliży, to sie dziepiyro kapli, kaj trefiyli: to była sago plaża! We hotelu słyszeli, co kara sie płaci, jakby sie tam we batkach łaziyło. Rezikować niy chcieli, bo tych frankōw wiela ni mieli. Nazōd uciyc sie tyż niy dało, bo akuratnie za tym siatkōwym płotym szli te francuski szandary. No, to chopy batki we piosku zakopali a sagich udowali.

I nawet sie im tam widziało, bo widoki piykne mieli, ale gorzi było potym, jak trza było te batki ze piosku wykopać. Waldik swoji znod roz-dwa, ale jego kamrat straciył aże trzi godziny, bo se niy naznaczōł, kaj batki skowoł, a we tych galotkach mioł paszport!
Jakbych jo taki przigody miała, to bych sie fest zagrzoła, a Wy?

PS. Dziynkuja panoczkowi Alojzowi Zimończykowi za pomoc we ślonski korekcie.

Grymlino.

Jeśli podobało Ci się opowiadanie “Sago plaża” to zapraszam do czytania innych z cyklu po naszymu

Koniecznie zajrzycie na mój profil na Facebook.

Lutowi świynci

Lutowi świynci

Lutowi świynci

Downi to we lutym ludziska fest świyntowali, bo tyż świynta były co pora dni, jedne za drugim. Jak sie zaczło
2 lutego łod Matki Boski Gromnicznej to sie kończyło na świyntym Macieju.

Piyrwej Gromnice to było świynto cołkom gymbom! Dziyń przed nim sie pościło,a we same świynto kożdy musioł iść do komunij i (do spowiedzi szło sie nojlepi dziyń abo dwa pryndzy), a jakby tego było jeszcze mało, to bez cołko droga do kościoła niosło sie gromnica we rynce, a potym nazod trza było niyść gromnica zapolono aż do dom, Jak se kery niy doł pozor, to se pazury woskym poparził, bezto dugo sie taki świyntowani pamiyntało! Gromniczka dycki musiała stoć na widoku, bo chroniła gospodarka łod pierona. Niy wiym, eli je to prowda, ale bezmała hańdowni łogromnie ciyżki te burze były, a pierony waliły jedyn za drugim. Łojcowie wtynczos dzieckom godali, co sie Ponboczek na nich fest gorszy za szłodzyni!

3 lutego momy świyntego Błażeja a błażejki.To je taki błogosławieństwo, co go ksiondz dowo dwoma powionzanymi świyczkami! Jak kery szeł do kościoła na świyntego Błażeja, to go bez cołki rok we karku niy dropało, ani niy kuckoł, choćby niy wiym jaki ziomb był.

Świyntej Agatki (5 lutego)

tyż niy szło łominońć, bo to była patronka łod łognia, dobytek łod zarazy łochroniła, a nojważniyjsze, że poradziła tyż uchować przed żmijami, bo łod tego był przeca świyncony chlyb łod świyntej Agaty.

Zaroz na drugi dziyń było świyntej Doroty. Downi sie godało tak: Agnieszka (21 stycznia) wypuszczo szkowronka ze miyszka, a Dorota puszczo go za wrota! To miało znaczyć, że zima sie pomału kończy, a wiosna już je na blisku!

14 lutego momy Walyntego. Jak było piyknie a niebo było wybrane, to wrożyło, że jeszcze dość trocha dni ze mrozym nastanie!

Za niycołki dwa tydnie przichodził świynty Maciej, co zima traci abo jom bogaci! Moja starka dycki godała, że nojpryndzy robi te drugi, bo czynsto – gynsto śniyg i bez cołki marzec leżoł, a na pole niy szło wylyź ze robotom.

Tak to se ludzie wrożyli, a sie pocieszali, że do wiosny ni ma już daleko, bo tyż nikerym pomału futru do dobytku zaczynało brakować, a do zielonej trowki na łonce styjc było daleko.

Grymlino.

Jeśli podobało Ci się opowiadanie “Lutowi świynci” to zapraszam do czytania innych z cyklu po naszymu

Koniecznie zajrzycie na mój profil na Facebook.

Co jyże robiom bez zima?

Co jyże robiom bez zima?

Co jyże robiom bez zima?

Na podzim jyże idom spać, bezto niy wiym, czamu dziepiyro teroz ludzie ło nich se przipomnieli a wymyślili Dzień Jeża? Jedyn znajomy feszter mi padoł, że to nejści skuli tego, że je ich coroz myni i trza pomyśleć nad tym, coby sie cołkiym ze tego świata niy straciły.

Jyżow je cołkiym dwie zorty: wschodni a zachodni. Jedyn je taki hrubszy, mo krotsze szłapki a krotsze pyszczydło, a tyn drugi – cołkiym na łopy, różniom sie tyż troszka kolorym, ale kery je kery – tego bych niy wiedziala pedzieć. U nos mogymy spotkać łobie zorty, bo sam „przebiego granica wystympowanio” – tak godajom biologii – i to je prowda, bo na nasza zegrodka przichodzom jedne i drugi. Najwiyncy smakujom im koci chrupki, ale chlebiczkiym tyż niy pogardzom! Przed zimom, zanim podom spać, muszom sie dycki fest wyfutrować! Ze poczontku jo niy wiedziała, czamu nasze psiska porzad szczekajom na cosikej przi żywopłocie, ale jak żech tam roz poszła a słyszała fuczyni, to żech sie kapła, że tam sie jyż pokozoł, bezto zawołałach te moji „burki” a szli my do dom, bo łony by mu żyć niy dały!

Na drugi dziyń rano niosłach żarci do cudzych kotow, co wele naszej chałpy lotajom, a tam we jejich misce cosikej sie zaczło ruszać a stynkać! Tak żech sie wylynkała, aże mi tytka ze karmom ze rynki wyleciała, a tam we pojstrzodku siedzioł jyż a kompoł sie we mlyku, bo wylyźć niy poradził.

Że te stwory majom rade mlyko,

to żech słyszała łod starzika, co był fesztrym. Łon ze familijom miyszkoł we gajowce na Piekuczu. Do lasa było blisko to im tyż do chałpy roztomańte stwory trefiały. Jedyn roz we bocie łod starzika wykocił sie jyż a mioł trzi mode.

To były taki gryfne, różowe blondyny, a zamiast jegeł na plecach miały miynki włosy. Te nieczekane lokatory łostały we gajowce, podwiel ich mamulka do lasa niy wykludziła. Isto łona już do chałpy trefiła na podzim, bo moji omie sie zdało, że gdoś i po siyni we nocy łazi, a te stwory rade yno po cimoku za chrobokami lotajom!
Jyżow, co żyjom we naszych zegrodkach, skuli tego mało bez dziyń widzymy, ale pomogajom nom łochronić nasze jarziny przed chrobokami a ślimokami, co ich tym rok dość trocha sie pokozało!

Grymlino.

Jeśli podobało Ci się opowiadanie “Co jyże robiom bez zima?” to zapraszam do czytania innych z cyklu po naszymu

Koniecznie zajrzycie na mój profil na Facebook.

Bez telewizora

Bez telewizora

Bez telewizora

Nasze dziecka tego niy pamiyntajom, bo łoni telewizor mieli „dycki”, ale moji łojcowie kupili te „czarodziejski pudło” dziepiyro poczontkiym siedemdziesiontych lot. Wtynczos telewizor był już we prawie kożdej chałpie, ale przodzi małokery go mioł.
Jak nasz somsiod kupił se telewizor we piyndziesiontym dziewiontym, to wszyjscy, co miyszkali przi naszej drodze, sie u niego kożdy wieczor schodzili. Jak brakło stołkow, to stoli we siyni abo na dworze a dziwali sie bez łokno! Jego baba, Waleska, pomstowała na wynokwiani swojigo chopa, bo sztyjc musiała mieć łokno a dźwiyrze łodewrzite, coby ci, co sie we pomiyszkaniu niy pomieścili, tyż cosikej ze tyj godki słyszeli. Ludziska szli do dom kole poł dziesiontej we wieczor, to dziepiyro wtynczos Waleska skłodała łogiyń we piecku, coby troszka we chałpie nagrzoć, bo cołki pomiyszkani było aż za fest wyluftowane!

Tera momy tela programow,

że muszymy wybiyrać, na kery bydymy se dziwać, a wtynczos był jedyn i to jeszcze yno bez pora godzin na dziyń, jak nic niy było, to my zaglondali na „obraz kontrolny”, ale żodyn sie niy uskargowoł, a teroz lamyncom!
Do kina chodziłach ze tatulkiym na poranki filmowe, to żech nikere filmy do dziecek znała, ale „dobranocki” ze Jackiym a Agatkom abo ze Balbinkom a Ptysiym mogłach se yno łobejrzeć, jak my szli piechty do ujka do Rogoźnej, bo kaj indzi dziecek do telewizora niy dopuszczali!

Jak żech zaczła chodzić do szkoły, to już tych telewizorów było wiyncy po chałpach, a czasym jaki litościwy somsiod abo dobro somsiadka, co tyż mieli dziecka, nos łebkow na jaki program przirodniczy abo do szkolorzy wpuścili. Miyndzy ludziami sie trza było umieć zachować: strzewiki we siyni łostawić, coby marasu niy nanosić, bo inaczy po drugi żeś niy wloz! Wszystkim tym dobrym ludziom ze serca za to dziynkuja, bo do nos, co my telewizora ni mieli, to była łogromno uciecha! Jak sie już jaki program widziało, to sie potym ło nim godało cołki tydziyń, a dzisio jo czasym, co łobejrza, ale na drugi dziyń ledwie poradza se spomnieć, ło czym to było! Nikedy mi sie zdo, że downi te programy były ciekawsze a mondrzyjsze jako dzisio, ale możnej mi sie yno zdo…

Grymlino.

Jeśli podobało Ci się opowiadanie “Bez telewizora” to zapraszam do czytania innych z cyklu po naszymu

Koniecznie zajrzycie na mój profil na Facebook.

Józikowo pokuta

Józikowo pokuta

Józikowo pokuta

Starzik Konsek mioł yno jednego wnuka. Synek mianowoł sie tak samo jak starzik, ale nic wiyncy po nim niy erbowoł! Stary Konsek był za bajtla posuchliwy, pomogoł łojcom we robocie a łogromnie go we szkole kwolili, bo był grzeczny a dobrze sie uczył. Jednako nic takigo dobrego niy dało sie pedzieć ło Joziczku, łon porzad cosikej wynajduszył!

Przed Godnimi Swiyntami Joziczek był we spowiedzi i farorz mu fest uszy przeszkroboł, a potym doł mu za pokuta zrobić co dobrego do inszych i ze tym synek mioł nojwiyncy starości!
Nojprzod poszeł ku starce a padoł, że i pomoże warzić na Świynta, ale łona była rada, że sie go ze kuchynie pozbyła, bo dobrze pamiyntała, jak i łońskigo roku do moczki, co jom niy rod jodoł, nasuł pora łyżek soli a jeść sie i niy dało. Cołko starczyno robota poszła na marne!

Potym chcioł tatulkowi umyć auto,

ale łojciec go zaroz łoprzezywoł:
– Synek, czyś ty zgupioł, myć auto na taki mroz, dyć by mi zomki zaroz zamarzły, a starka ze starzikym by musieli deptać piechty te dwa kilometry do kościoła na pastyrka!
– I zaś nic ze tego! – pomyśloł se wkurzony Józiczek, bo za niycołki miesionc czekała Konskow kolynda. Synek był isty, że do dom przidzie farorz, a piyrsze, co zrobi, to sie spyto Jozika, eli wypełnił pokuta, a tu ni ma jak!

To było do przewidzynio, że mamulka go tyż pożynie a niy do mu ani kota, ani psa nafutrować za to, co im zrobił ze dwa lata nazod! To było bez feryje: tyn mały gizdok patrzoł na mecz, a mamulka szła na wieczorno zmiana do roboty, bezto kozała mu łodfutrować domowych pupilkow. Synkowi jednako sie niy chciało ruszyć i dziepiyro we wieczor maloł im do misek kiszki. Łoba sie we nocy zesrały!

Teroz jedyna nadzieja była yno we starziku, a łon mu poradził, coby pomog jakimu starzikowi i myśloł przi tym ło siebie, ale nic wiyncy niy padoł.
Jak yny farorz wloz do dom, zaroz sie spytoł Joziczka, jak je stom pokutom.

– Łodrobiono! – łodpedzioł bajtel a rozpolił sie jak szyna. – Starzik łod Rojkow nios tela bambetlow i boł sie, że niy zdonży na cug!
– Pomog żeś mu niyś te kofry? – spytoł sie farorz.
– Niy, jo spuścił nasza Westa i starzik był na dworcu jeszcze piyńć minut przed czasym!

Grymlino.

Jeśli podobało Ci się opowiadanie “Józikowo pokuta” to zapraszam do czytania innych z cyklu po naszymu

Koniecznie zajrzycie na mój profil na Facebook.

Szczworty krol

Szczworty krol

Szczworty krol

Jak sie Dziecionteczko narodziło, to go chcieli nawiydzić aże sztyry krole ze dalekich krajów, było im Kasper, Melchior, Baltazar a Atraban.

Ci trzej byli fest bogaci, bezto niy starali sie ło podaronek do Jezuska, ale Atraban musioł sprzedać wszystek, co mioł a za te piniodze, kupił trzi drogi kamiynie, bo chcioł ich dać Świyntej Rodzinie. Było ze tym trocha graczki i Trzej Krolowie na niego niy poczkali, yny go odjechali, bezto łon jechoł za nimi prosto do Jerozolimy, ale na pustyni spotkoł Żyda, co go zbójniki napadli. Szkoda mu było chopa i zawiozł go nojbliższej oazy a zapłacił za jego lyczyni.

Za to tyn Żyd mu padoł, że Jezusek narodził sie w Betlejem i Atraban zaroz tam pojechoł, ale zaś było niyskoro, bo Świynto Rodzina musiała uciekać do Egiptu. Jednako szczworty krol niy zlonkł sie drogi, yno pociongnoł za nimi, ale porzad niy poradził ich dognać, bo po drodze ludziom sztyjc pomogoł: jednymu kupił szaty, drugimu krowa, trzecimu dłogi popłacił i tak mu zeszło trzidziyści lot. Na koniec dowiedzioł sie, co Jezus nauczo teroz we Jerozolimie i poszoł tam piechty, bo konia tyż sprzedoł, coby spomoc jakigoś biydoka.

Jednako zaś prziszoł niyskoro,

bo Jezusa już na Golgota kludzili. Atrabanowi łostoł jeszcze jedyn drogi kamiyń, a chciał za niego Ponboczka łod mynki na krziżu wykupić, ale rzimiany sie śniego wyśmioli! Upłakany stary krol wylozł ze Jerozolimy a siod se pod wielgim stromym kole miejski bramy. Łoroz uwidzioł karawana. Kludzili tam tako mało dziołszka, co jom kupce chcieli sprzedać za łojcowe dłogi i łon jom wykupił za łostatni kamiyń a posłoł do dom.

Jak tak siedzioł zrobiło mu sie jakoś niyłonako i pomyśloł se, że bydzie umiyrać, ale łon jeszcze ze całego serca pragnoł Ponjezusa łoboczyć!
I stoł sie cud: Ponjezus som ku nimu prziszoł!

– Atrabanie – padoł – Przeca my sie potkali bez sto razy! Pamiyntosz tego syneczka, coś mu nożka łopatrowoł – to był jo! A ta dziołszka coś łod gańby wykupił – spominosz se? Abo tego Żyda, co go zbójcy napadli… Coście uczynili dobrego drugimu człowiekowi, to mieście uczynili…
A potym Ponjezus wyciongnoł rynka a pokludził starego, dobrego krola prosto do Raju.

 

Grymlino.

Jeśli podobało Ci się opowiadanie “

“Szczworty krol” to zapraszam do czytania innych z cyklu po naszymu

oraz  “Wieczor trzech kroli”

Koniecznie zajrzycie na mój profil na Facebook.

Pocieszno kolynda

Pocieszno kolynda

POCIESZNO KOLYNDA

Tako pocieszno kolynda przidarziła sie naszyj familiji tak ze dwa lata po drugij wojnie, kej mie jeszcze na świecie niy było!

To była niydziela, a farorz miol prziś kole czwortej po połedniu. Moja ciotka Gryjtka szła na noc do roboty do łodlywnie, ale skuli awaryje musiała być tam pryndzy. Moja mamulka (wtynczos jeszcze frelka!) miała inwentaryzacyjo we sklepie, a jejich brat Francik polecioł do swoich znajomkow, co im starka krzyżyk a świyczniki pożyczała.

Mieli ich zaroz prziniyść nazod, ale isto przepomnieli, a farorz mioł być za kwila i starka se fest nerwowała. Porychtowała już wszystekJak trza było: stołek do farorza przykryła biołym hantuchym, a na staro, pogruchotano leżanka ciepła kaszmirowo chusta zdziebko pożarto łod moli, bo nic lepszego ni miała.

Jak na ujma,

ksiondz był rowno ło czwortej, a tu żodnego modego we chałpie niy było! Kapelonek nojprzod porzykoł, potym izba wykropił, a na koniec zaczon sie ło wszystkich pytać, ale niy skończył, bo ministrant co śnim był, przewrócił chojinka. Tyn najduch chciał se wziońć piernik, co na ni wisioł, ale isto był za fest prziwionzany, bo sie leko serwać niy doł! Starka gibko tyn strom postawiła nazod, tam kaj stoł a kapelonka przeprosiła za tyn butel. Łon sie yno łośmioł, wyciongnoł swój heft, a położył na stoł.

Starka sie kapła, że bydzie siadoł a podłożyła mu zaroz stołek ze biołym hantuchym, ale kapelonek padoł, że łon woli na miynkim, a siod se na leżanka, zanim starka go łostrzygła. Borok wpod zadkiym do dziury, że yno gowa, rynce a wyglancowane szuły było widać! Starka myślała, że sie spoli łod gańby! Na to szczyńści przilecioł Francik ze kamratym, a polekuśku zaczyni kapelonka spomiyndzy tych fedrow wyciongać, dugo to trwało, bo trza było dać pozor, coby ksiyndzowi sutanny niy potargać.

W końcu sie im to powiodło, ale kapelonek na wieczorno mszo niy zdonżył, yno posłoł na fara tego rajcatego ministranta, coby farorz go zastompił. Potym jeszcze dugo czyścili kapelonkowo sutanna kartaczym do łachow, bo tako była siwo łod marasu, co w leżance sie nazbiyroł bez telki lata! Po wieczerzy, co starka uwarzyła, kapelonek szoł dali a kolyndowoł aż do połnoce.

 

Grymlino.

Jeśli podobało Ci się opowiadanie “POCIESZNO KOLYNDA” to zapraszam do czytania innych z cyklu po naszymu

Koniecznie zajrzycie na mój profil na Facebook.

Pin It on Pinterest

Share This

Udostępnij!!!

ten post swoim znajomym!