Kaj sie stracił szczworty gwoźdź łod Pana Jezusa

Kaj sie stracił szczworty gwoźdź łod Pana Jezusa  Jak żech była malo,to kożdy piątek we Wielkim Poście chodziłach ze starkom na „Droga Krziżowo”. Strasznie to dugo trwało, aż łobeszli wszyski stacyje a sztyjc rzykali tak samo. Bezto czynsto-gynsto po połowie to jo już...

ło naszyj godce

Wiersz ło naszyj godce – po śląsku

Lochy i chodniki żorskie w opowieściach mieszkańców

LOCHY I CHODNIKI ŻORSKIE. Jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku starzy ludzie opowiadali, że pod miastem znajdują się lochy i chodniki. Ile jest w tym wszystkim fikcji a ile historycznej prawdy? Każdy może ocenić sam.

Babski comber

Babski comber – to opowieść po śląsku o tym jak to kobiety świętowały w karnawale.

RUMPEL – zbójnik spod Raciborza

Jest to fragment opowieści o Rumplu drukowanej w Tygodniku Regionalnym „Nowiny” w roku 2020
Drodzy czytelnicy, jeżeli będziecie często zaglądać na moją stronę autorską dowiecie się kim naprawdę był Rumpel, zapraszam do lektury!

Harynek a Popielec

Harynek a Popielec Moja starka rodym ze Jejkowic łogromnie rada bojała ło tym , jako to było za jejich modych lot. Przed piyrszom wojnom czasy nojlepsze niy były, ale ludzie sie radzi weselili i żodnej muzyki niy łopuścili! Czasym to i kupa zwady skuli tego było, jak...

Ze modym ciynżko sie dogodać

Ze modym ciynżko sie dogodać Moja kamratka Irma porzad robi we tyj samej firmie, co my w ni kejś łobie robiły. Łostało i jeszcze dwa lata do pynzyje. Nikedy sie jednako na ta swoja robota uskarguje! Niby ni mo ciynżko, bo kadrowo je, ale łostatnio łopedziała mi taki...

Zimowe starości

Zimowe starości Bez zima to je tak: Jak je śniega za tela, to je źle, ale jak go ni ma, to je jeszcze gorzi! Nojlepi by było, coby tego śniega było w somroz. Mrozu troszka niy zaszkodzi, coby chrobajstwo wyginyło i coby wietrziska niy było. Wtynczos trza fest we piecu...

Sago plaża

Sago plaża Na dworze wiater wieje, a je fest zima, bezto dzisio bydzie jedna piykno spōminka na lato. Mōżnej, że ôd tego sie Wōm na sercu ciepli zrobi? Doś pora lot nazod jedyn mōj znajōmek, co mu Waldek je na miano, wygroł rajza do Francyje. Ôgrōmnie sie skuli tego...

Lutowi świynci

Lutowi świynci Downi to we lutym ludziska fest świyntowali, bo tyż świynta były co pora dni, jedne za drugim. Jak sie zaczło 2 lutego łod Matki Boski Gromnicznej to sie kończyło na świyntym Macieju. Piyrwej Gromnice to było świynto cołkom gymbom! Dziyń przed nim sie...
Korale żorskiej Matki Bożej

Korale żorskiej Matki Bożej

Korale żorskiej Matki Bożej

Tekst nagrodzony w konkursie literackim „Historie (nie) zapomniane” przez miesięcznik „Bluszcz” maj 2009 r ( str.54 ).

Jako mała dziewczynka często chodziłam z babcia do kościoła. W tamtych czasach nabożeństwa były bardzo długie, nawet zwykła msza trwała ponad godzinę. Długie oczekiwanie rekompensowała mi możliwość „pójścia na ofiarę”, kiedy to my, zwykli śmiertelnicy, mogliśmy wejść za balaski i przejść za samym ołtarzem, gdzie było ciemno, chłodno i pachniało starym drewnem i kurzem. Zanim jednak wkroczyłam w ten mroczny świat mijałam po drodze gablotki z wotami złożonymi Matce Bożej Miłosiernej.

Czego tam nie było: wytłoczone w pozłacanej lub posrebrzanej blasze oczy, ręce, nogi, malutkie postacie aniołków i dzieci, serca z promykami lub bez, korale z żółto-mlecznego bursztynu o wielkich owalnych paciorkach, dziwne, duże różańce i wiele innych ozdób, przeznaczenia których nie byłam w stanie odgadnąć. Lubiłam popatrzeć na nie chociaż przez chwilę. Kiedyś moją uwagę przykuły trzy grube sznury czerwonych korali i zawieszony tuż obok spłowiały, jasny spleciony w warkocz kosmyk falistych włosów przewiązany równie spłowiała wstążką, której koloru nie dało się określić.

Wydawało mi się, że ten ostatni przedmiot nie pasuje do reszty. Po mszy zapytałam o to babcię, ale moja babcia nie była rodowitą żorzanką i na temat tej historii wiedziała niewiele, tylko tyle, ile usłyszała kiedyś od nieżyjącego już męża (a mojego dziadka), który pochodził z Baranowic: miała to być historia jakiejś wielkiej miłości. Kilka lat później opowiedziała mi ją pewna kobieta, która przed laty służyła u mojego dziadka ze strony ojca.

To był prawdziwy skandal,

dworski wyrobnik odważył się zakochać w gospodarskiej córce! Biedny „jak kościelna mysz” chłopak pracował we Starym Dworze leżącym na pograniczu Baranowic i Dolnych Osin. Jego wybranka była córką najbogatszego gospodarza we wsi. Młodzi spotykali się w tajemnicy w pobliskim dworskim lasku.

Jakaś „usłużna, a może zazdrosna dusza” doniosła o tym ojcu dziewczyny, a on urządził na nich zasadzkę. Z pomocą swoich „pachołków” pobił chłopaka a dziewczynę zaciągnął za warkocz do domu i zamknął w ciemnej komorze. Sądził, że jak posiedzi w ciemnicy o chlebie i wodzie, to po kilku dniach spokornieje i przystojny biedak wywietrzeje jej z głowy. Młodzieniec nie dawał jednak za wygraną: ze swoim wujem, który był dworskim cieślą poszedł nazajutrz prosić o rękę dziewczyny. Gospodarz przyjął ich przed sienią. Słysząc prośbę chłopaka, zaśmiał się szyderczo:

-Co ty se myślisz dworsko plewo, że ci dom moja dziołcha? Jom dostanie yno taki bogocz, co ji kupi ze trzi sznurki prawych a rubych pociorków, a ty tego we życiu mioł niy bydziesz, zasrańcu! Jak by niy twój ujek, co go szanuja, to bych ci downo nogi ze zadku wytargoł! Som uwidzisz, że moja Neżka bydzie tańcować na swoim weselu na Godni Świynta, a ło ciebie zapomni…

Te okrutne słowa zapadły młodemu Mateuszowi głęboko w serce.

Wiedział, że ojciec Neżki nigdy nie rzucał słów na wiatr. Do Godnich Świont zostało zaledwie kilka miesięcy. To był zbyt krótki czas, żeby zarobić na trzy sznurki „szumnych” a do tego jeszcze „prawych” korali. Na to trzeba by było kilku lat, a dziewczyna nie mogła czekać tak długo. Te korale stały się w końcu jego obsesją: myślał o nich w dzień i śniły mu się po nocach.

-Idź ty synku lepi do spowiedzi , bo coś mi sie zdo, że cie tyn czorny zaczyno kusić, a to sie musi źle skończyć! – poradził mu „ujek”.

Mateusz posłuchał rady wuja i wczesnym rankiem, choć to był dzień powszedni, wkroczył do żorskiego kościoła. Od razu skierował swe kroki do bocznej kaplicy Matki Bożej obok, której stały konfesjonały. Ukląkł na klęczniku, żeby się pomodlić przed spowiedzią, kiedy uniósł głowę i spojrzał na oblicze Madonny, doznał olśnienia! Obraz okrywała nowa „sukienka” ze złoconej blachy pokryta wielobarwnymi klejnotami a w okolicy szyi Matki Bożej umocowano trzy grube sznurki prawdziwych korali. Przedmiot jego marzeń był w zasięgu ręki, wystarczyło się tylko wspiąć! Jest przecież młody i zwinny… Czerwona mgła zasnuła mu oczy, wybiegł z kościoła jak „oparzony”, nie wiedział nawet, jak dotarł do domu!

Od tego czasu nie mógł opędzić się od pokusy: nie jadł, nie spał, dzień i noc siedział tylko pod dworska stodołą, nie reagował na ludzi, choć wodził za nimi dzikim wzrokiem, był bliski obłędu! …Któregoś dnia zniknął.

Nogi same go poniosły pod żorski kościół.

Prawie cały dzień przeleżał w bocznej nawie, ukryty pod ławą stojącą w ciemnym kącie. Odważył się wyjść dopiero, kiedy kościelny zamknął ostatnie drzwi. Szedł prosto do kaplicy, tam w mdłym świetle „lampki oliwnej” płonącej nad tabernakulum zobaczył to, po co przyszedł: korale wisiał na swoim miejscu! Teraz tylko się wspiąć!

Obraz wisiał jednak wyżej niż sądził i nie mógł dosięgnąć przedmiotu swych pragnień, dlatego postanowił wesprzeć nogi na potężnym świeczniku stojącym obok. Prawą ręką uchwycił się gzymsu ołtarza a lewą usiłował odczepić korale od blachy pokrywającej obraz. Szło mu dość nieporadnie! Kiedy miał już korale w ręku, jeden nieopatrzny ruch spowodował, że pośliznęła mu się noga i świecznik spadł z hukiem na ziemię. Złodziej zawisł kilka metrów nad ziemią! Gnany strachem chciał zeskoczył, ale wtedy poczuł, że coś trzyma go za włosy. Uczepiony gzymsu doczekał świtu. Mimo nie wygodnej pozycji Mateusz miał czas zastanowić się nad swoim postępkiem i prosić Matkę Boża o przebaczenie.

Kiedy o świcie usłyszał zgrzyt klucza w zamku, zaczął wzywać pomocy.

Przerażony kościelny pobiegł od razu po proboszcza. Przyniesiono drabinę, ale włosów chłopaka nie udało się rozplątać i trzeba było odciąć cały pukiel, który zaczepił się o wystający detal ramy obrazu.

Ponieważ była to niedziela, zanim winowajca zdążył zejść na ziemię, kościół był pełen ludzi. Wśród nich byli Neżka i jej rodzice. Dziewczyna z płaczem padła na kolana. W ślad za nią poszedł tłum wypełniający świątynię, a proboszcz zaintonował modlitwę błagalną, tylko ojciec dziewczyny stał jak skamieniały, ocknął się dopiero, kiedy ksiądz objaśniony przez młodych , co było przyczyną desperackiego czynu chłopaka, dotknął jego ramienia.

-Pozwólcie gospodorzu, dzieckom sie pobrać! Widzicie, Paniynka sie na nich niy gorszy, bo inacy by sam wos niy prziwiodła!

Wszystko skończyło się dobrze: młodzi pobrali się na Godni Świynta i doczekali gromadki dzieci. Ojciec Neżki wbrew obawom polubił pracowitego zięcia, któremu robota paliła się w ręku. Cała historia poszłaby z pewnością w zapomnienie, gdyby nie miejscowe „starki”, które pokazywały swoim wnukom zawieszony wśród wot kosmyk włosów i opowiadały o niedoszłym złodzieju zawieszonym przez Matkę Bożą na włosku po to, żeby uchronić go przed większym grzechem, jakim było świętokradztwo!

Od autorki: Opowieść o podobnej treści zacytowała w jednym z artykułów kilka lat temu „Gazeta Żorska”

Zapraszam do czytania mojej poezji oraz opowiadań.

Kaj sie stracił szczworty gwoźdź łod Pana Jezusa

Kaj sie stracił szczworty gwoźdź łod Pana Jezusa

Kaj sie stracił szczworty gwoźdź łod Pana Jezusa

 Jak żech była malo,to kożdy piątek we Wielkim Poście chodziłach ze starkom na „Droga Krziżowo”. Strasznie to dugo trwało, aż łobeszli wszyski stacyje a sztyjc rzykali tak samo. Bezto czynsto-gynsto po połowie to jo już niy dowała pozór na to kaj je farorz a ministranty a co rzykajom. Yno żech popatrowała  po ludziach a po kościele. Jedyn roz spozorowałach wielgi krziż, co wisioł we bocznym ołtorzu. Pon Jezus był na nim taki wielgi jak prawy człowiek. Było mi żol boroczka, ze go tak szpetnie przibili do tego krziża. Potym se patrza, a łon  mo po jednym gwożdziu w kożdej rynce. A nogi choć som hrubsze mo yny jednym gwożdziym przibite. Niy poradziłach tego spokopić czamu ni ma szczwortego gwoździa, eli diosi go ukradli czy co?

Zaroz pod  kościołym spytałach się ło to starki, a łona mi padała:

-Wiysz dziołcho, to było tak! Te gizdy, co Jezusa powiesiły, to były taki straszne wojoki. Rzimiany, nojprzód wywiodły tego boroczka za miasto Jeruzalem. Tako góra, kaj sie ludzi wiyszało, a po drodze to go łogromnie umynczyli. Słyszałaś przeca, co ksiondz  farorz padali? Konszt w tym, ze jo tego praje niy suchała, bezto żech niy wiedziała, co starka mo na myśli.

-Jak go prziwiydli to już ani ustoć niy poradził – godała dali starka – podł na ziym wele rzyczki, co tam płynyła.  A ze wody wyjrzała wielgo ryba a padała Ponbóczkowi, że rada by mu ulżyła. To była ta kwila, co wojoki stawiali krziż, rynce mieli zajynte, bezto sztyry sromotne gwoździe ciepli wele wody. No to ta ryba jedyn zeżarła a skryła sie we wodzie. Jak było trza Pon Jezusa przibić,  wojoki dugo medytowali, jak to zrobić, aż wykombinowali: nogi przibili mu jedynym gwożdziym, co im jeszcze łostoł. Tak jako żeś to widziała na tym wielgim krziżu.

Możnej by mi tego łobjaśnienio starczyło,

ale roz jak żech była we niedziela na „Gorzkich żalach” szłach wele zakrystyje, tam żech widziała myńszy krziz.  Pon Jezus mioł łobie nogi przibite łosobno. To mi dziepiyr zaczło wiercić we gowie: wiela tych gwoździ było: trzi abo sztyry?

Zagodałach mojigo potka a łon mi padoł, że tyn co tego drugigo Pon Jezusa wystrugoł musioł sie łoszydzić. Bo tyn szczworty gwóźdź złyknoł kokot łod naszego somsiada. A jak bych dobrze poszukała to możnej bych go znodła na tej wielgi kupie gnoja na somsiadowym placu. Ale potek se dycki sy mie szpasy robił, a jo sie mało na to niy chytla a żech już tam chciała lecieć sie podziwać! Teroz to już cołko moja nadzieja była w moim tatulku.

Łon padoł, że gwoźdź zeżarła ryba, a nazywo sie szczuka.

-Pamiyntosz, jak żech ci na Godni Świynta pokazowoł łeb łod tej ryby, co my dostali łod ujka Karlika? Tam była tako kość, co wyglondała jak krziżyk, to Ponbóczek doł szczuce na pamiontka, za to, że mu chciała pomóc!

A Wy jako myślicie, była to ryba abo kokot, a możnej jeszcze jaki insze stworzyni?!

Grymlino.

Jeśli podobało Ci się opowiadanie “Kaj sie stracił szczworty gwoźdź łod Pana Jezusa” to zapraszam do czytania innych z cyklu po naszymu

Koniecznie zajrzycie na mój profil na Facebook.

ło naszyj godce

ło naszyj godce

 

E. M. Grymel

 Ło naszyj godce

 

 A to wszystek było tak:

 Moji starziki mieli staro zegrodka,

 Kaj na gorce rosła szumno płonka.

 Ludzie przi płocie radzi przistowali,

 Bo sie wielce  tej płonczce dziwowali,

 Co ze strony jednej

 Płonki miała czerwione,

 A ze drugij – gruszki miodowki

 Porzad jeszcze zielone!

 

 Śliwki jeszcze nasz starziczek

 Chciał  zaszczypić na ni,

 Jednako to sie mu niy udało,

 Bo to z resztom niy sztimowało!

 Ze tom naszom godkom,

 Bez lot setki być musiało

 Jako z łod starzika płonkom!

 

Chocioż sztam ślonski je nasz

 Som tam tyż słowa cudze kajjaki,

 Co jako te gruszki zielone

 Same ku ni przirosły niyproszone,

 A wszystki som niy łod parady

 I tak na nasze przekryncone,

 Że skond sie wziyny

 Rozeznać  niy dosz rady!

 

Były tyż słowa taki

 Jako śliwki starzikowe,

 Co sie na ni niy zaszczypiły,

 Bo sie ku tej naszej ślonski godce

 Wcale niy godziły.

– – –

 Jeśli spodobał Ci się wiersz “Ło naszyj godce”- zapraszam do czytania mojej poezji  

Koniecznie zajrzyj też na mój profil na Facebook

 

 

Lochy i chodniki żorskie w opowieściach mieszkańców

Lochy i chodniki żorskie w opowieściach mieszkańców

Lochy i chodniki żorskie w opowieściach mieszkańców

 Mojemu miastu  z okazji Urodzin

 

Jeszcze w latach 60 ubiegłego wieku starzy ludzie opowiadali, że pod miastem znajdują się lochy i chodniki.

Byli podobno tacy śmiałkowie, którzy tam byli, ale daleko nie uszli, bo pełno tam pułapek: rzeczek, rowów i dziur, a samo sklepienie w wielu miejscach było zawalone. Jeszcze na początku lat 80 wspominał o tym mieszkaniec Kościółka, który powoływał się na opowieści swego dziadka i wujka.

Kiedy zaczęto budować w mieście domy z cegły,

można było przechodzić z jednej piwnicy do drugiej i obejść w ten sposób niemal cały rynek. Według znanych mi opowieści z piwnic tych w dwóch punktach wchodziło się do podziemnych lochów i ganków, które miały się ciągnąć od podziemi starego kościoła (przy obecnej ul. Ks. Klimka), pod rynkiem do piwnic nie istniejącego już  ratusza stojącego niegdyś na środku rynku i dalej kierować się na południe. Jedno wyjście znajdowało się podobno w okolicy dzisiejszego cmentarza ewangelickiego, w starej zrujnowanej kaplicy, poświęconej św. Barbarze. Inne odgałęzienie tego chodnika prowadziło, aż do zamku w Baranowicach. Jeszcze inny ganek miał biec w kierunku Rybnika od podziemi kościoła farnego aż do stawu „Kościelniok”. Dodatkowe wyjście z lochów miało też znajdować się przy drodze do Osin, koło nieistniejącego już dziś stawu „Głęboki Dół”. Niektórzy opowiadający wskazywali na kamienną piwnicę domu nadzorcy dworskich stawów. Budynek ten istniał jeszcze w latach 30. ubiegłego wieku.

Po raz pierwszy żorzanie wykorzystali swoje podziemia w czasie wojen husyckich.

To właśnie nimi miał wyjść posłaniec zdążający po pomoc do raciborskiego księcia. Tak pisze Karol Miarka starszy w swojej książce „Husyci na Górnym Śląsku”.

Za o wiele większą sensację może uchodzić podziemny ganek  rzekomo łączący zamek baranowicki z cmentarzem, a nawet kościołem ewangelickim. Chodnik ten miał być tak szeroki, że mogły się w nim wyminąć dwie bryczki. Opowiadano też, że pod zamkiem w Baranowicach miały się znajdować trzy kondygnacje piwnic, które służyły jako skład wina, żywności i jako lodownia, ale wejść mogły tam tylko wyłącznie osoby zaufane. Istniał też podobno ganek, który prowadził ze starej części zamku do śródleśnych bagien. Według jednej z opowieści piwnice pod starą częścią budynku zasypano w XIX w. w trakcie przebudowy. Jeszcze przed II wojną św. W pobliżu pałacyku  znajdowała się lodownia z dwoma poziomami piwnic. Obecnie nie ma po niej śladu.

Szanowny Czytelniku, sam osądź, ile jest w tym wszystkim fikcji a ile historycznej prawdy!

Jeśli podobało Ci się opowiadanie  “Lochy i chodniki żorskie” to zapraszam do czytania innych z cyklu opowiadania

Koniecznie zajrzycie na mój profil na Facebook.

Elżbieta Grymel – Grymlino

Babski comber

Babski comber

Babski comber

Isto kożdy coś ło nim słyszoł. W jednych wsiach sie łodbywoł we Tłusty Szczwortek. Kaj indzi dziepiyro na dziyń przed Popielcym, ale wszyndy sie baby bawiły bez caluśki dziyń a wieczor. Chopy wtynczos siedzieli w doma przi dzieckach. Nikaj ze chałpy niy wyłazili, bo jak baby jakigo chopa łapły, to musioł robić wszystek, co mu kozały. Yno nikere zadania byłe miłe chopski duszy. Tych, co służyły tymu, coby chopski rod sponiewiyrać, było znacznie wiyncy!

Baby pomalowane jak kaspry, przebleczone za chopow, cygonki a dziadowki lotały po caluśki wsi a jak im sie co nawinyło, to zebrały abo łodwlykły kajś na bok. Potym chopy szukali wozkow, pługow, tragaczy, swojich koszul, spodniokow a ancugow, co sie wietrziły na płocie. Nojprości było wszystek sprzontnońć a zawrzić na klucz. Ale chopy sie moc do tego niy rwali, no to potym mieli za swoji lynistwo. Baby miały prziwilijo, coby co nabzdurzić a na chopach sie zymścić, a chopy – uciecha, żeby na drugi dziyń uciyć ze chałpy połazić, że niby to straconych rzeczy szukajom!

Pod wieczor

baby szły dycki do kaczmy a tam jadły, piły a śpiywały  do połnocka, a potym szły po dwie-trzi do dom. We pojedynka sie boły, bo dobrze wiedziały, że we taki dziyń jejich mojmilejszy chopeczek im naprzeciwko niy przidzie. Za to łebonie mogom ich kaj we krzach postraszyć! Z czasym tyn zwyczoj sie przeniosł tyż do miastow, co we roztomańtych ksionzkach łopisujom. Tam baby wymyślały jeszcze insze breweryje, co ich ani na wioskach niy znali. Jak chopy zaczli bindry, roztomańte krawatki a muchy nosić, to im ich we comber te frechowne babska łobcinały nożycami!

Jedyn starzik mi padoł tak:

– Te gupie baby rzondziły yny jedyn dziyń, to my chopy mogli im tela dowozlić, bo przeca to my pociongomy za te sznureczki bez reszta dni we roku!

A starka Rudkula, kamratka łod starki Elzy, godała, że to je tak we niebie zrychtowane, coby te biydne baby tyż co ze tego życio miały chocioż jedyn dziyń we roku, coby se łod chałpy, chopa, dziecek a gowiedzi łoddychły! Porajcowały a polotały, to potym bez cołki rok milsze do swojich chopeczkow były!

Teroz tyż by nom sie taki „babski comber” przidoł!

Grymlino.

Jeśli podobało Ci się opowiadanie “Babski comber” to zapraszam do czytania innych z cyklu po naszymu

Koniecznie zajrzycie na mój profil na Facebook.

RUMPEL – zbójnik spod Raciborza

RUMPEL – zbójnik spod Raciborza

RUMPEL – ZBÓJNIK SPOD RACIBORZA

Jeżeli wierzyć rodzinnym opowieściom, działo się to podobno w czasach, kiedy mój pradziadek był młodym chłopakiem. Mieszkał wtedy w majątku ziemskim w Czerwięcicach. Pracował jako pomocnik gajowego. Zaczęło się od tego, że ktoś na wiosnę notorycznie wykradał ziemniaki i kapustę z brogów. Złodziej grasował tylko nocą. Więc zarządca majątku zarządził całonocne wachty, ale szkodnik się nie pojawił, jakby wiedział, że na niego czekają!

Po kilku dniach zaprzestano tych praktyk

Zaczęły się prace polowe i robotnicy musieli się wyspać, żeby podołać ciężkiej pracy na roli. Wtedy złodziej znów się pojawił. Wyniósł dwadzieścia niosek z kurnika. Nikt by się nie zorientował, gdyby złodziej nie narobił rumoru. Mieszkający obok oborowy wyskoczył na dwór uzbrojony w łopatę do chleba, ale tuż za płotem mignął mu wielki, czarny cień. Po chwili zniknął w lesie.

Sytuacja powtarzała się niemal każdej nocy.

Raz tajemniczy cień kradł w Jastrzębiu. Potem znowu we Strzybniku, kiedy indziej w Gamowie albo w Ponęcicach.  I za każdym razem robił strasznie dużo hałasu. Zupełnie jak by się nie bał, że go złapią! Zdarzyło się, że we wsi Rudnik złodziej myszkował otwarcie w stodole i oborze, przyświecając sobie latarnią, wtedy gospodarz i jego syn postanowili mu dać nauczkę. Młody zajrzał do stodoły przez dziurę we wrotach. To co zobaczył sprawiło, że zadrżały mu kolana. W pustym prawie wnętrzu nie było żywej duszy. Tylko przeraźliwie jasne światło a na ścianie odbijał się straszliwie czarny cień sięgający głową powały. Jeszcze nie zdążył się odwrócić, kiedy usłyszał za sobą cichy jęk. Odskoczył od wrót jak oparzony i potknął się o leżącego na ziemi ojca. Staruszek jęknął tym razem głośno. Młodzian złapał go pod pachy i zawlókł do domu, gdzie zajęły się nim kobiety.

Z rozbitej głowy sączyła mu się krew.  Zanim starszy mężczyzna doszedł do siebie, przeleżał kilka dni w łóżku.

Rozpowiadano potem w okolicy,

że Rumpel, jak nazywano złodzieja z powodu czynionego przezeń hałasu, z pospolitego złodzieja  zmienił się w zbója, bo rudnicki chłop niemal życia nie stracił.

Jest to fragment opowieści o Rumplu drukowanej w Tygodniku Regionalnym „Nowiny” w roku 2020

Drodzy czytelnicy, jeżeli będziecie często zaglądać na moją stronę autorską dowiecie się kim naprawdę był Rumpel, zapraszam do lektury!

 

Grymlino.

Jeśli podobała Ci się legenda “Rumpel” to zapraszam do czytania innych z cyklu  legendy śląskie

Koniecznie zajrzycie na mój profil na Facebook.

Harynek a Popielec

Harynek a Popielec

Harynek a Popielec

Moja starka rodym ze Jejkowic łogromnie rada bojała ło tym , jako to było za jejich modych lot. Przed piyrszom wojnom czasy nojlepsze niy były, ale ludzie sie radzi weselili i żodnej muzyki niy łopuścili! Czasym to i kupa zwady skuli tego było, jak chop abo baba sami po muzykach lotali, a tym drugi siedzoł przi dzieckach!

Moja starka miała piyńć gryfnych siostrow, a łona szósto była we tyj ferajnie. Jejich mamulka to nawet rada była, że wszyski cery idom społu do kaczmy na muzyka, bo se myślała, że jak idom we taki wielgi kupie, to sie im nic złego stać ni może, ale ze tym to roztomańcie było!

Roz jedym na jejich nojmodszo siostra Trudka zaczaił sie taki miglanc ze miasta.

Wetnoł sie ze kamratami , że łon ta „modo cielyncina” na dwor wykludzi i prawie mu sie to udało, ale starczyno siostra Tekla kapła sie co sie świynci, chyciła mietla, co stola wele pieca, a czekała na tego gizda we siyni. Karlus Trudka wytańcowoł do siyni a potym chcioł po ni kusku, ale dziołcha była wstydlawo, a sama niy chciała dziobka dać, no to łon chciał se som wziońć, pocis jom na ściana a rynce i chycił, ale ku niczymu niy prziszło, bo go Tekla skryto pod schodami zaczła prać mietłom a siostry i dopomogły.

Mamulce jednako nic niy padały, coby się niy gorszyła, bo inakszy lotani po muzykach by sie skończyło, a miały być jeszcze łostatki ze harynkiym.
We tyn łostatni dziyń to ci dziepiyro była muzyka, dziołchy a synczyska tańcowali aż sie kurziło: waloszka, mietlorza, polka a wiela jeszcze inkszych, co jo już ich ani pomianować niy poradza, bo to było przeca łostatni roz we tym Karnawale!

Przed dwanostom na sala wloz stary chop a przinios słonego harynka, co wisioł na kiju, a kaczmorka wyniosła na pojstrzodek wielgi garniec żuru a miska pelkartofli (takich we łoszkrabinach). Synczyska brali te kartofle a cylowali we tego harynka tak dugo, aż sie urwoł i spod na ziym, potym kozdy wyciongnoł swoja łyżka a zabrali sie do żuru. Jak na kościele pizło dwanoście, to sie ludziska porozchodzili do chałpow, bo wczas rano trza było iść do kościoła, posuć gowa popiołym, a potym be szterdziyści dugich dni pokutować za wszyski swoji grzychy.

 

Grymlino.

Jeśli podobało Ci się opowiadanie “Harynek a Popielec” to zapraszam do czytania innych z cyklu po naszymu

Koniecznie zajrzycie na mój profil na Facebook.

Ze modym ciynżko sie dogodać

Ze modym ciynżko sie dogodać

Ze modym ciynżko sie dogodać

Moja kamratka Irma porzad robi we tyj samej firmie, co my w ni kejś łobie robiły. Łostało i jeszcze dwa lata do pynzyje. Nikedy sie jednako na ta swoja robota uskarguje! Niby ni mo ciynżko, bo kadrowo je, ale łostatnio łopedziała mi taki jedyn przipadek, co jom strasznie znerwowoł.

Były przijyncia do roboty we biurze, miejsce było yno jedne, a ludzi kupa. Łona miała wybrać tego istnego, co tam bydzie robił. Irma jednako robi to łogromnie niyrada, boby niy chciała kerymu krzywdy zrobić! I tak, choć niyrada poruch zaroz na poczontku posłała do dom. Bo bo sie i zdali frechowni. Potym była jedna dziołcha, co sie yno porzad pytała wiela zarobi. Tyj tyż niy przijyna, bo podle Irmy ta frela ni miała we gowie roboty yno kasa. Na koniec prziszoł taki mody synek zaroz po studiach i zdoł sie cołkiym do rzeczy.

Łona sie go musiała jeszcze ło wiela rzeczy wypytać, choć sie i to gupie zdało.

– Jaki mo pan zainteresowania?
– zaczyna słodziuśko, a pomyślała se, że i karlus jakiś gupot na nos nawiyszo, jako to dycki było.
– No mam trochę zainteresowań…wiem ,lubię czytać książki historyczne! – zaczon cosikej niypewnie.
– No, a jakie? – spytała sie, choć przipuszczała, że synek zaroz wyjedzie ze Siynkiewiczym abo ze Mickiewiczym…
– No, takie o wojnie… – wystynkoł tyn boroczek.
To był praje taki tymat, co sie Irma na nim niy znała, bezto nic na to niy odpedziała, yno pytała sie dali, co synek robi jak mo frajny czas.
– Czasem jakiś film obejrzę, ale wartościowy, telenowele mnie nie interesują, to dobre dla babć… (i tu se nagrabił!), czasem zagram w szachy na kurniku…

Tego już Irma niy zdzierżyła, bo se pomyślała, że tymu synkowi łod tyj nauki, coś sie we gowie pomiyszało. Bezto, coby go niy znerwować, padała, że tego wypytywanio styknie na dzisio, a jak bydzie przijynty, to do niego zadzwoniom!
Ale tyn „kurnik” niy doł i pokoj, bo coby to miało znaczyć? A jo tyż ło takim czymś niy słyszała. Prziszoł do dom moj synek i łon nos łobie łobjaśnił, że to je taki portal na internecie, kaj idzie pograć we szachy, abo inksze gry.

Jako widać my starsi porzad jeszcze mało wiymy i jak tu sie potym momy ze modymi dogodać?

Grymlino.

Jeśli podobało Ci się opowiadanie “Ze modym ciynżko sie dogodać” to zapraszam do czytania innych z cyklu po naszymu

Koniecznie zajrzycie na mój profil na Facebook.

Zimowe starości

Zimowe starości

Zimowe starości

Bez zima to je tak: Jak je śniega za tela, to je źle, ale jak go ni ma, to je jeszcze gorzi!

Nojlepi by było, coby tego śniega było w somroz. Mrozu troszka niy zaszkodzi, coby chrobajstwo wyginyło i coby wietrziska niy było. Wtynczos trza fest we piecu polić, a nade wszystek, coby nasze umiłowane słoneczko bez cołki rok świyciło a grzoło! Taki to som nasze pobożne życzynia. Jak insi godajom sztelongi, a we żywocie roztomańcie bywo!

Spominom se jedna tako zima,

kej fest śniega nasuło. Zumiynta siongały do trzićwierci naszego płotu. Podle nos, bajtli, łon był richtik fest wysoki! Ze chałpy niy szło wylyź, podwiela tatulek gonka do fortki niy wykopoł! Nasz pies, Burek niy poradził ze budy wylyź i tyż trza było mu do ni gonek wykopać. Jak jeszcze śniega przipadało, to musioł siedzieć we chlywku ze kurami. Co mu sie fest niy widziało, bo lepszy domek ciasny, ale własny! Jednako ku czymuś sie tako zima przydała! To było zaroz po Nowym Roku, my mieli feryje. Tatulek jeszcze reszta urlopu łod łońskigo roku, chlyb był kupiony na pora dni do przodku. To my we chałpie przi żeleźnioku siedzieli, a książki czytali. Bezto nos ludzie niy widzieli łazić, a nikerzi se myśleli, że my kajś pojechali! Tyż gupi myślyni, bo kery by łopatrowoł nasza gowiydź, a jak by mioł ku nom prziś. Kej cołko droga była zasuto śniegym a zumiynta siongały starym do połrzitkow, a dzieckom wyżyj pasa?

We tako noc wybroł sie ku nom złodziyj,

co kury krod. My już spali, pies niy szczekoł, bo siedzioł we chlywiku, co był yno na szkubel zaparty, a we szkublowym uszku wsadzony był dugi patyk. Mój tatulek dycki godol, ze wiyncy niy trza, bo przeca za ścianom śpiymy! Łoroz łobudził nos wielgi wrzask: kury gdokały, kokot pioł, psiok zawyrczoł a potym zaczon wrzeszczeć chop! Moji łojcowie wyskoczyli ze łożka, wciepli na sia stare mantle, co wisiały we siyni, a yno we laczach pognali na plac. Somsiod, co ło nim wszyscy wiedzieli, już był przi fortce. Nasz Burek wisioł mu u rynkowa a ciongnoł go nazod, w końcu mu tym rynkow utargoł! Za tynczos tyn istny zdonżył fortka zawrzić a uciyć. Na drugi dziyń rynka mioł bindom zawionzano.

 

Grymlino.

Jeśli podobało Ci się opowiadanie “Zimowe starości” to zapraszam do czytania innych z cyklu po naszymu

Koniecznie zajrzycie na mój profil na Facebook.

Sago plaża

Sago plaża

Sago plaża

Na dworze wiater wieje, a je fest zima, bezto dzisio bydzie jedna piykno spōminka na lato. Mōżnej, że ôd tego sie Wōm na sercu ciepli zrobi?

Doś pora lot nazod jedyn mōj znajōmek, co mu Waldek je na miano, wygroł rajza do Francyje. Ôgrōmnie sie skuli tego radowoł, a nojwiyncy mioł uciechy, że ta tura była yno do jednego. Bezto żodnego niy musioł ze sobōm brać!

– Teroz to jo se ôddychna! – radowoł sie w duchu, ale macha robiył markotno, że niby mu je żol, że cołki swoji roztōmiłej familije ze sobōm zabrać niy poradzi.
We autokarze Waldek siedzioł ze takim jednym chopym ze Chorzowa, co sie go sztyjc gupoty trzimały, a ku tymu jeszcze rod śpiywoł, a wice godoł. I tak se ôba chopy do gustu przipadli. Bezto bez cołko rajza trzimali sie społu. Te wszyjski miasta, kaj jechali, to sie im fest widziały!

Skuli tego połno fotografijōw natrzaskali,

coby se jejich familije tyż chocioż kōnsek tyj Francyje mogli ôbejrzeć! Ôstatni dwa dni mieli se ôddychnōnć  nad morzym. Pogoda była piykno, na plaży piosek bioluśki
a ciepły! Jak kery ni mioł rod słōneczka to sie mōg pod taki elegancki namiot skryć, a „drinka” se wypić. Jak sie tak ôba chopy piyknie  wygrzoli, a potym jeszcze pora tych „drinkōw” wypiyli, zachciało sie im do hajźlika!! Kej szli nazod dali pozōr, że kōnsek dali je jeszcze jedna plaża, yno że je płotym ôgrodzōno, a ludzi tam ani wiela ni ma.

Tymu chopu ze Chorzowa zaroz gupoty zagrały, a Waldik tyż niy bōł ôd tego, nō, to płot roz-dwa przesadziyli, a za mōmynt bōli po drugi strōnie. Jak prziśli bliży, to sie dziepiyro kapli, kaj trefiyli: to była sago plaża! We hotelu słyszeli, co kara sie płaci, jakby sie tam we batkach łaziyło. Rezikować niy chcieli, bo tych frankōw wiela ni mieli. Nazōd uciyc sie tyż niy dało, bo akuratnie za tym siatkōwym płotym szli te francuski szandary. No, to chopy batki we piosku zakopali a sagich udowali.

I nawet sie im tam widziało, bo widoki piykne mieli, ale gorzi było potym, jak trza było te batki ze piosku wykopać. Waldik swoji znod roz-dwa, ale jego kamrat straciył aże trzi godziny, bo se niy naznaczōł, kaj batki skowoł, a we tych galotkach mioł paszport!
Jakbych jo taki przigody miała, to bych sie fest zagrzoła, a Wy?

PS. Dziynkuja panoczkowi Alojzowi Zimończykowi za pomoc we ślonski korekcie.

Grymlino.

Jeśli podobało Ci się opowiadanie “Sago plaża” to zapraszam do czytania innych z cyklu po naszymu

Koniecznie zajrzycie na mój profil na Facebook.

Lutowi świynci

Lutowi świynci

Lutowi świynci

Downi to we lutym ludziska fest świyntowali, bo tyż świynta były co pora dni, jedne za drugim. Jak sie zaczło
2 lutego łod Matki Boski Gromnicznej to sie kończyło na świyntym Macieju.

Piyrwej Gromnice to było świynto cołkom gymbom! Dziyń przed nim sie pościło,a we same świynto kożdy musioł iść do komunij i (do spowiedzi szło sie nojlepi dziyń abo dwa pryndzy), a jakby tego było jeszcze mało, to bez cołko droga do kościoła niosło sie gromnica we rynce, a potym nazod trza było niyść gromnica zapolono aż do dom, Jak se kery niy doł pozor, to se pazury woskym poparził, bezto dugo sie taki świyntowani pamiyntało! Gromniczka dycki musiała stoć na widoku, bo chroniła gospodarka łod pierona. Niy wiym, eli je to prowda, ale bezmała hańdowni łogromnie ciyżki te burze były, a pierony waliły jedyn za drugim. Łojcowie wtynczos dzieckom godali, co sie Ponboczek na nich fest gorszy za szłodzyni!

3 lutego momy świyntego Błażeja a błażejki.To je taki błogosławieństwo, co go ksiondz dowo dwoma powionzanymi świyczkami! Jak kery szeł do kościoła na świyntego Błażeja, to go bez cołki rok we karku niy dropało, ani niy kuckoł, choćby niy wiym jaki ziomb był.

Świyntej Agatki (5 lutego)

tyż niy szło łominońć, bo to była patronka łod łognia, dobytek łod zarazy łochroniła, a nojważniyjsze, że poradziła tyż uchować przed żmijami, bo łod tego był przeca świyncony chlyb łod świyntej Agaty.

Zaroz na drugi dziyń było świyntej Doroty. Downi sie godało tak: Agnieszka (21 stycznia) wypuszczo szkowronka ze miyszka, a Dorota puszczo go za wrota! To miało znaczyć, że zima sie pomału kończy, a wiosna już je na blisku!

14 lutego momy Walyntego. Jak było piyknie a niebo było wybrane, to wrożyło, że jeszcze dość trocha dni ze mrozym nastanie!

Za niycołki dwa tydnie przichodził świynty Maciej, co zima traci abo jom bogaci! Moja starka dycki godała, że nojpryndzy robi te drugi, bo czynsto – gynsto śniyg i bez cołki marzec leżoł, a na pole niy szło wylyź ze robotom.

Tak to se ludzie wrożyli, a sie pocieszali, że do wiosny ni ma już daleko, bo tyż nikerym pomału futru do dobytku zaczynało brakować, a do zielonej trowki na łonce styjc było daleko.

Grymlino.

Jeśli podobało Ci się opowiadanie “Lutowi świynci” to zapraszam do czytania innych z cyklu po naszymu

Koniecznie zajrzycie na mój profil na Facebook.

Pin It on Pinterest

Share This

Udostępnij!!!

ten post swoim znajomym!