Korale żorskiej Matki Bożej
Korale żorskiej Matki Bożej
Tekst nagrodzony w konkursie literackim „Historie (nie) zapomniane” przez miesięcznik „Bluszcz” maj 2009 r ( str.54 ).
Jako mała dziewczynka często chodziłam z babcia do kościoła. W tamtych czasach nabożeństwa były bardzo długie, nawet zwykła msza trwała ponad godzinę. Długie oczekiwanie rekompensowała mi możliwość „pójścia na ofiarę”, kiedy to my, zwykli śmiertelnicy, mogliśmy wejść za balaski i przejść za samym ołtarzem, gdzie było ciemno, chłodno i pachniało starym drewnem i kurzem. Zanim jednak wkroczyłam w ten mroczny świat mijałam po drodze gablotki z wotami złożonymi Matce Bożej Miłosiernej.
Czego tam nie było: wytłoczone w pozłacanej lub posrebrzanej blasze oczy, ręce, nogi, malutkie postacie aniołków i dzieci, serca z promykami lub bez, korale z żółto-mlecznego bursztynu o wielkich owalnych paciorkach, dziwne, duże różańce i wiele innych ozdób, przeznaczenia których nie byłam w stanie odgadnąć. Lubiłam popatrzeć na nie chociaż przez chwilę. Kiedyś moją uwagę przykuły trzy grube sznury czerwonych korali i zawieszony tuż obok spłowiały, jasny spleciony w warkocz kosmyk falistych włosów przewiązany równie spłowiała wstążką, której koloru nie dało się określić.
Wydawało mi się, że ten ostatni przedmiot nie pasuje do reszty. Po mszy zapytałam o to babcię, ale moja babcia nie była rodowitą żorzanką i na temat tej historii wiedziała niewiele, tylko tyle, ile usłyszała kiedyś od nieżyjącego już męża (a mojego dziadka), który pochodził z Baranowic: miała to być historia jakiejś wielkiej miłości. Kilka lat później opowiedziała mi ją pewna kobieta, która przed laty służyła u mojego dziadka ze strony ojca.
To był prawdziwy skandal,
dworski wyrobnik odważył się zakochać w gospodarskiej córce! Biedny „jak kościelna mysz” chłopak pracował we Starym Dworze leżącym na pograniczu Baranowic i Dolnych Osin. Jego wybranka była córką najbogatszego gospodarza we wsi. Młodzi spotykali się w tajemnicy w pobliskim dworskim lasku.
Jakaś „usłużna, a może zazdrosna dusza” doniosła o tym ojcu dziewczyny, a on urządził na nich zasadzkę. Z pomocą swoich „pachołków” pobił chłopaka a dziewczynę zaciągnął za warkocz do domu i zamknął w ciemnej komorze. Sądził, że jak posiedzi w ciemnicy o chlebie i wodzie, to po kilku dniach spokornieje i przystojny biedak wywietrzeje jej z głowy. Młodzieniec nie dawał jednak za wygraną: ze swoim wujem, który był dworskim cieślą poszedł nazajutrz prosić o rękę dziewczyny. Gospodarz przyjął ich przed sienią. Słysząc prośbę chłopaka, zaśmiał się szyderczo:
-Co ty se myślisz dworsko plewo, że ci dom moja dziołcha? Jom dostanie yno taki bogocz, co ji kupi ze trzi sznurki prawych a rubych pociorków, a ty tego we życiu mioł niy bydziesz, zasrańcu! Jak by niy twój ujek, co go szanuja, to bych ci downo nogi ze zadku wytargoł! Som uwidzisz, że moja Neżka bydzie tańcować na swoim weselu na Godni Świynta, a ło ciebie zapomni…
Te okrutne słowa zapadły młodemu Mateuszowi głęboko w serce.
Wiedział, że ojciec Neżki nigdy nie rzucał słów na wiatr. Do Godnich Świont zostało zaledwie kilka miesięcy. To był zbyt krótki czas, żeby zarobić na trzy sznurki „szumnych” a do tego jeszcze „prawych” korali. Na to trzeba by było kilku lat, a dziewczyna nie mogła czekać tak długo. Te korale stały się w końcu jego obsesją: myślał o nich w dzień i śniły mu się po nocach.
-Idź ty synku lepi do spowiedzi , bo coś mi sie zdo, że cie tyn czorny zaczyno kusić, a to sie musi źle skończyć! – poradził mu „ujek”.
Mateusz posłuchał rady wuja i wczesnym rankiem, choć to był dzień powszedni, wkroczył do żorskiego kościoła. Od razu skierował swe kroki do bocznej kaplicy Matki Bożej obok, której stały konfesjonały. Ukląkł na klęczniku, żeby się pomodlić przed spowiedzią, kiedy uniósł głowę i spojrzał na oblicze Madonny, doznał olśnienia! Obraz okrywała nowa „sukienka” ze złoconej blachy pokryta wielobarwnymi klejnotami a w okolicy szyi Matki Bożej umocowano trzy grube sznurki prawdziwych korali. Przedmiot jego marzeń był w zasięgu ręki, wystarczyło się tylko wspiąć! Jest przecież młody i zwinny… Czerwona mgła zasnuła mu oczy, wybiegł z kościoła jak „oparzony”, nie wiedział nawet, jak dotarł do domu!
Od tego czasu nie mógł opędzić się od pokusy: nie jadł, nie spał, dzień i noc siedział tylko pod dworska stodołą, nie reagował na ludzi, choć wodził za nimi dzikim wzrokiem, był bliski obłędu! …Któregoś dnia zniknął.
Nogi same go poniosły pod żorski kościół.
Prawie cały dzień przeleżał w bocznej nawie, ukryty pod ławą stojącą w ciemnym kącie. Odważył się wyjść dopiero, kiedy kościelny zamknął ostatnie drzwi. Szedł prosto do kaplicy, tam w mdłym świetle „lampki oliwnej” płonącej nad tabernakulum zobaczył to, po co przyszedł: korale wisiał na swoim miejscu! Teraz tylko się wspiąć!
Obraz wisiał jednak wyżej niż sądził i nie mógł dosięgnąć przedmiotu swych pragnień, dlatego postanowił wesprzeć nogi na potężnym świeczniku stojącym obok. Prawą ręką uchwycił się gzymsu ołtarza a lewą usiłował odczepić korale od blachy pokrywającej obraz. Szło mu dość nieporadnie! Kiedy miał już korale w ręku, jeden nieopatrzny ruch spowodował, że pośliznęła mu się noga i świecznik spadł z hukiem na ziemię. Złodziej zawisł kilka metrów nad ziemią! Gnany strachem chciał zeskoczył, ale wtedy poczuł, że coś trzyma go za włosy. Uczepiony gzymsu doczekał świtu. Mimo nie wygodnej pozycji Mateusz miał czas zastanowić się nad swoim postępkiem i prosić Matkę Boża o przebaczenie.
Kiedy o świcie usłyszał zgrzyt klucza w zamku, zaczął wzywać pomocy.
Przerażony kościelny pobiegł od razu po proboszcza. Przyniesiono drabinę, ale włosów chłopaka nie udało się rozplątać i trzeba było odciąć cały pukiel, który zaczepił się o wystający detal ramy obrazu.
Ponieważ była to niedziela, zanim winowajca zdążył zejść na ziemię, kościół był pełen ludzi. Wśród nich byli Neżka i jej rodzice. Dziewczyna z płaczem padła na kolana. W ślad za nią poszedł tłum wypełniający świątynię, a proboszcz zaintonował modlitwę błagalną, tylko ojciec dziewczyny stał jak skamieniały, ocknął się dopiero, kiedy ksiądz objaśniony przez młodych , co było przyczyną desperackiego czynu chłopaka, dotknął jego ramienia.
-Pozwólcie gospodorzu, dzieckom sie pobrać! Widzicie, Paniynka sie na nich niy gorszy, bo inacy by sam wos niy prziwiodła!
Wszystko skończyło się dobrze: młodzi pobrali się na Godni Świynta i doczekali gromadki dzieci. Ojciec Neżki wbrew obawom polubił pracowitego zięcia, któremu robota paliła się w ręku. Cała historia poszłaby z pewnością w zapomnienie, gdyby nie miejscowe „starki”, które pokazywały swoim wnukom zawieszony wśród wot kosmyk włosów i opowiadały o niedoszłym złodzieju zawieszonym przez Matkę Bożą na włosku po to, żeby uchronić go przed większym grzechem, jakim było świętokradztwo!
Od autorki: Opowieść o podobnej treści zacytowała w jednym z artykułów kilka lat temu „Gazeta Żorska”
Zapraszam do czytania mojej poezji oraz opowiadań.
Starczyno zegrodka
E. M. Grymel
Starczyno zegrodka
Dzisio już sie takich zegrodkow
Niy widuje wcale!
Starczynych rynkow,
To były zasługi,
Że tam kwiotki roztomańte
Rosły bujnie
Jedyn przi drugim.
Wele fortki
Pod samym płotym
Świyciły się słoneczniki
Proste i wysoki
Jak mode wojoki,
Przi nich się kwolił
Przed laty
Kosmos szczympiaty,
A biołe powoje
Społu s efojym
Lauba aż
Pod som dach
Łoblykały…
Na zegrodki pojstrzodku
Grzondka była wielko
Drobniyjszych kwiotkow,
A na ni siyrotki,
Astry i szlajery,
Wele nich floksy,
Szwarne dziywki,
Tuste kurki
I muszkatki czerwione
Aż sztyry!
We skrzinkach na stojoku
Wiela zortow pokrziwkow
A szałwi miłych łoku.
I ruzyndli rzondek cały,
Co dobre były,
Jak uszy bolały!
Zaś w rogu
Wele studzionki
Gryfne stoły malwy
Roztolicznej barwy.
Pod nimi ziele kajjaki:
Fynsiel, miynta i kamelki!
Na lewo –
Lyskowy łorzech wielki,
Potym płonki
Śliwki a gruszki!
Nad przikopom
Świyntojonkow pora krzokow,
Wele nich rabarber
Jak baty,
Dalij rzondki rowne
Cebule, marekwie a czosku
I kożdej jarziny po troszku…
Tak było przed laty!
A teroz?
Tej szumnej zegrodki
Downo już ni ma,
Ale porzad sie zielyni
We mojich spomniyniach!
———
Wyróżnienie w Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Jana Pocka 2012r. (Lublin).
Jeśli spodobał Ci się ten wiersz – zapraszam do czytania mojej poezji
Koniecznie zajrzyj też na mój profil na Facebook
Moralitet o szorstkiej przyjaźni kota z myszą
E. M. Grymel
Moralitet o szorstkiej przyjaźni kota z myszą
Mysz pewna, szara i całkiem mała
Co to jest władza,
Dowiedzieć się chciała.
Temat przerobiła z każdej strony
I doszła do wniosku, że władza
Tam się chowa, gdzie stoją trony!
I choć była bardzo mała
Jedno miejsce takie znała!
Zwiedziła przecież prawie
Wszystkie pałacowe kąty,
Gdzie władcą był
Sam Maurycy piąty!
Chcąc poznać władzy
Choć namiastkę
Na tronie się rozsiadła
Z lukrowanym ciastkiem.
Przymknąwszy ślepka
Już oczami wyobraźni
Widzi dworzan całe roje:
Ten do stóp jej się ściele,
Tamten zgięty we dwoje,
I ten szmer rozmów…
Tak mile uszy łechce,
Takich pochwał chcę jeszcze!
Wtem sielankę przerwało
Zjawienie się kota:
Kichnął, prychnął i myszkę za kłaki!
Więc się biedna miota
I o litość prosi!
A kot śmiechem się zanosi!
Choć władcą był srogim, miewał
Czasem swoje widzimisię:
Błyskawicznie pogłówkował
I na razie życie myszy podarował!
Niby dając dowody przyjaźni,
Posadził ją na tronie
Mówiąc: razem raźniej!
A mysz głupia, skwapliwie
Z kociej łaski skorzystała,
Więc w pałacu jadła, piła, spała
I sadełkiem obrastała!
Żeby całkiem nie zgniuśniała,
Kot pazury na nią sobie ostrzył,
Gonił ją potem po wielkim pałacu,
Mówiąc, że to dla jej zdrowotności!
A mysz pęczniała z dumy:
Sam król się o mnie troszczy!
To nic, że jestem taka mała i krucha,
Ważne, że to sam król mnie słucha!
Już w pałacu cienie zdrady się snują:
Ten jej słówko szepnie,
Tamten o coś prosi,
Więc na mały puczyk się zanosi!
Już radosny chór pochlebców,
Hymny śpiewa swoje:
Kiedyż Myszko, będą rządy Twoje?
Więc myszka myśli:
Widać w siłę urosłam przez te lata!
Dosyć już kociego świata,
Ja mam się kłaniać byle komu?
A śmigaj mi kocie z domu!
Na takie diktum kot się obruszył
I capnął przyjaciółkę dawną za uszy:
Wije się więc biedna i o pomoc
Zwolenników swoich prosi,
A oni wietrząc zmianę,
Zawczasu stają murem
Za butnym kocurem!
Została mysz sama
I żałość sroga ją opadła,
Teraz na kocim skończy talerzu
W postaci jadła!
Jak kota przebłagać,
Jak go udobruchać?
Skoro umrzeć bym miała,
Niechaj chociaż
To nie będzie marnie,
Więc rzecze:
Teraz Królu pełne masz spiżarnie,
Twym gustom jednak chcę dogodzić,
Pozwól mi się zatem dni siedem
W ciemnym lochu chłodzić…
Chcąc zdrajcom zagrać na nosie
I pokazać wszystkim
Jaki jest wspaniałomyślny,
Kot na prośbę myszy się zgodził,
Ale w myśli już wąchał jej kruche udeczka,
Zapomniał jednak przy tym, że
W lochu niejedna była dziureczka,
A potem na wolność ucieczka!
Jaki morał z tej bajeczki być może?
Z naszymi wrogami poradzimy sobie sami,
A od fałszywych przyjaciół zachowaj nas Boże!
Jednak też inną mądrość tutaj można kupić:
Lepiej być małym i sprytnym niż wielkim i głupim!
__________________
Jeśli spodobał Ci się ten wiersz – zapraszam do czytania mojej poezji
Koniecznie zajrzyj też na mój profil na Facebook
Koncert na akordeon i wiolonczelę
M. Grymel
Koncert na akordeon i wiolonczelę
Zaczyna on
Cicho, ale piskliwie, jakby się skarżył,
A potem wybucha gromkim śmiechem,
Jak sztubak, któremu udała się psota!
Ona go karci
Wpadając w niskie, gardłowe tony!
A on ucieka od gderania, ze śmiechem
Czyniąc wolty, wymyka się w opłotki!
Teraz to ona
Głos podnosi coraz wyżej i krzyczy,
A potem jakby zrezygnowana, mięknie
I krztusi się na niskich rejestrach…
A akordeon?
Zasmucony a jednak cały w lansadach
Przeprasza śpiewając ckliwą serenadę…
Lecz ona
Zna go zbyt dobrze, żeby uwierzyć!
Nie pierwszy raz porwała go ulica
Ta przekupna, bezczelna marketanka…
On, choć układny,
Wciąż tęskni za objęciami tamtej ulicznicy,
Mówiąc zdumionej Wioli:
Taki gust mam plebejski, panienko!
On wie,
Że jego jawna drwina boli,
Jakby ktoś palił gorącym żelazem!
Więc wiolonczela płacze i przeciągle szlocha!
A on patrzy z ukosa
I z szelmowskim błyskiem w oku czeka,
Aż ona mu zdradę wybaczy, bo kocha…
I tak od lat stu z okładem, ten koncert grają razem!
—
Jeśli spodobał Ci się ten wiersz – zapraszam do czytania mojej poezji
Koniecznie zajrzyj też na mój profil na Facebook
Miłość śmieciarza
M. GRYMEL
Miłość śmieciarza
Mały, zgarbiony, w bereciku
Przesuniętym na jedno ucho,
W starym prochowcu po bracie!
Kimże był
Ten stary, zmarszczony mężczyzna.
Wyglądający jak cień własnego ojca?
Może królem życia, który zbiórką śmieci
Dorabiał do małej renciny?
A może zwykłem śmieciem,
Wyrzutkiem społeczeństwa, jak myśleli ci,
Co na co dzień mijali jego stary rower?
I takie coś, takie społeczne nic
Odważyło się mieć serce, wielkie serce!
Zakochał się ( a jakże!)
W młodej mężatce, matce trójki dzieci!
Nic od niej nie chciał,
Jego pragnieniem było:
Móc na nią popatrzeć,
A czasem czymś obdarować!
Bukiet białych tulipanów,
który on kupił za cały zebrany złom,
Mąż – zazdrośnik zerwał z furtki
I wrzucił do przejeżdżającej śmieciarki!
A potem podarków było jeszcze wiele
I wszystkie lądowały w koszu
Obok posesji!
Aż w końcu pojawił się ten list:
Zostaw mnie w spokoju,
Nie osaczaj mnie człowieku,
Pozwól żyć!
Doceniam Twoje intencje, ale
Niczego od ciebie nie chcę!
To pisała Ona!
Widać jego miłość była tak wielka,
Że przytłaczała tę kruszynę,
A on przecież nie tego pragnął…
I łzy gorące
Popłynęły po jego pooranej twarzy…
Widział ją potem jeden raz jeszcze:
Przyszła cała w bieli, jasna i świetlista
Żeby potrzymać go za rękę
I nieważne gdzie to było:
W pustostanie czy w szpitalu!
Śmieciarz zniknął, nagle,
Ale nikt po nim nie płakał!
Nawet Ona!
__________________
Jeśli spodobał Ci się ten wiersz – zapraszam do czytania mojej poezji
Koniecznie zajrzyj też na mój profil na Facebook
Bajka dla niewtajemniczonych
E.M. Grymel
Bajka dla niewtajemniczonych
Zaledwie dniało
Kiedy książę się obudził
I westchnął: Mnie się nudzi!
A ciekawość moja ciągnie
Mnie w świat, do ludzi!
Po co mi pałac i służba i dwór!
I nim zapiał kur
Pognał do mędrca,
Co na leśnej mieszkał polanie.
– Zapewne masz dla mnie mistrzu,
Jakieś przesłanie,
Co robić bym mógł?
Chcę poznać obce kraje,
Co tam kraje, planety,
Światy całe!
– A świat swój, panie znasz?
Mędrzec na to mu rzekł.
– Nasz świat? Nic ciekawego!
Żeby chociaż jeden pożarł drugiego,
Albo walczyć byłoby trzeba o życie?!
To rozumiem znakomicie!
Albo napadłby na mnie straszny wróg,
To chociaż męstwem
Wykazać bym się mógł!
Albo wyjść by się nie dało z matni?
A gdybym był ostatni
Na tym świecie, innym niż nasz…
– To wszystko panie, w zasięgu ręki masz!
To przecież nasz świat:
Na brata nastaje brat,
Lew cielę pożera,
A jego po śmierci pożrą robaki,
Bo wszystkich nas czeka los taki!
Marzysz o matni?
Jesteś w samym środku!
Zgaś panie, swój bunt w zarodku,
Bo gdy zechcesz opuścić ten świat,
Mówiąc, że jesteś tu nieszczęśliwy,
Nie zrobisz tego żywy!
– Mędrcze, mi nic dobrego nie powiesz?
-Tę okrutną planetę obłaskawić może
Tylko Miłość i Człowiek…
Jeśli spodobał Ci się ten wiersz – zapraszam do czytania mojej poezji
Koniecznie zajrzyj też na mój profil na Facebook
Szczodry wieczor
E. M. GRYMEL
Szczodry wieczor
Szczodry wieczor, szczodry…
Dzisio kożdy dostaje
To, czymu serce przaje.
Jodła przebogate:
Garniec moczki,
Piernik z miodym,
Na miseczce
Makoweczki,
Roztomańte ryby
Upieczone
I w łoleju
Haryneczki…
Szczodry wieczor, szczodry…
Jak pojedli –
Jezuskowi pośpiywali,
A dziecka
Wszyski bombony
Ze chojinki
Łoszkubali…
Szczodry wieczor, szczodry…
Sypie z nieba
Śnieżek bioły
I pierzinka nowo
Dostoł las…
Na pastyrka
Już idymy
Na nos wielki czas…
Szczodry wieczor, szczodry…
________________________
Listopad 2011r.
Wyróżnienie w Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Jana Pocka 2012 r. (Lublin)
Spotkanie Autorskie – Dycki starka Godali
Zapraszam do lektury zbioru opowiadań “Dycki starka godali” wydanego staraniem Muzeum Miejskiego w Żorach. Jest to tom muzealnej serii wydawniczej Tożsamość. Opowieści z regionu z esencją śląskiej tożsamości.
Zapraszam na spotkanie autorskie podczas, którego książkę będzie można nabyć w promocyjnej cenie.
Spotkanie autorskie odbędzie się 24 marca 2022 r. w Muzeum Miejskim przy ul. Muzealnej 1/2, początek: o godz. 17.30
Książkę otwiera rozdział poświęcony Żorom i ich niegdysiejszym mieszkańcom. Są więc wątki traktujące o murach obronnych, dębie Maryjnym, niefrasobliwej sprawczyni pożaru w 1702 r., który dał początek Świętu Ogniowemu. Następnie prym wiodą opowiastki o utopkach zaludniających okoliczne stawy, opowieści z dreszczykiem o karlusach i dziołchach takie, w których kiełkuje ziarno prawdy i takie, w których mroki przeszłości rozświetla jedynie latarnia wyobraźni. Część opowieści napisana została w ślōnskij godce.
Jeśli interesują Cię opowieści po śląsku lub “Dycki starka godali” to zapraszam do czytania innych opowieści z cyklu po naszymu
Koniecznie zajrzycie na mój profil na Facebook.
Więcej informacji na Facebook Muzeum Żory
Kaj sie stracił szczworty gwoźdź łod Pana Jezusa
Kaj sie stracił szczworty gwoźdź łod Pana Jezusa
Jak żech była malo,to kożdy piątek we Wielkim Poście chodziłach ze starkom na „Droga Krziżowo”. Strasznie to dugo trwało, aż łobeszli wszyski stacyje a sztyjc rzykali tak samo. Bezto czynsto-gynsto po połowie to jo już niy dowała pozór na to kaj je farorz a ministranty a co rzykajom. Yno żech popatrowała po ludziach a po kościele. Jedyn roz spozorowałach wielgi krziż, co wisioł we bocznym ołtorzu. Pon Jezus był na nim taki wielgi jak prawy człowiek. Było mi żol boroczka, ze go tak szpetnie przibili do tego krziża. Potym se patrza, a łon mo po jednym gwożdziu w kożdej rynce. A nogi choć som hrubsze mo yny jednym gwożdziym przibite. Niy poradziłach tego spokopić czamu ni ma szczwortego gwoździa, eli diosi go ukradli czy co?
Zaroz pod kościołym spytałach się ło to starki, a łona mi padała:
-Wiysz dziołcho, to było tak! Te gizdy, co Jezusa powiesiły, to były taki straszne wojoki. Rzimiany, nojprzód wywiodły tego boroczka za miasto Jeruzalem. Tako góra, kaj sie ludzi wiyszało, a po drodze to go łogromnie umynczyli. Słyszałaś przeca, co ksiondz farorz padali? Konszt w tym, ze jo tego praje niy suchała, bezto żech niy wiedziała, co starka mo na myśli.
-Jak go prziwiydli to już ani ustoć niy poradził – godała dali starka – podł na ziym wele rzyczki, co tam płynyła. A ze wody wyjrzała wielgo ryba a padała Ponbóczkowi, że rada by mu ulżyła. To była ta kwila, co wojoki stawiali krziż, rynce mieli zajynte, bezto sztyry sromotne gwoździe ciepli wele wody. No to ta ryba jedyn zeżarła a skryła sie we wodzie. Jak było trza Pon Jezusa przibić, wojoki dugo medytowali, jak to zrobić, aż wykombinowali: nogi przibili mu jedynym gwożdziym, co im jeszcze łostoł. Tak jako żeś to widziała na tym wielgim krziżu.
Możnej by mi tego łobjaśnienio starczyło,
ale roz jak żech była we niedziela na „Gorzkich żalach” szłach wele zakrystyje, tam żech widziała myńszy krziz. Pon Jezus mioł łobie nogi przibite łosobno. To mi dziepiyr zaczło wiercić we gowie: wiela tych gwoździ było: trzi abo sztyry?
Zagodałach mojigo potka a łon mi padoł, że tyn co tego drugigo Pon Jezusa wystrugoł musioł sie łoszydzić. Bo tyn szczworty gwóźdź złyknoł kokot łod naszego somsiada. A jak bych dobrze poszukała to możnej bych go znodła na tej wielgi kupie gnoja na somsiadowym placu. Ale potek se dycki sy mie szpasy robił, a jo sie mało na to niy chytla a żech już tam chciała lecieć sie podziwać! Teroz to już cołko moja nadzieja była w moim tatulku.
Łon padoł, że gwoźdź zeżarła ryba, a nazywo sie szczuka.
-Pamiyntosz, jak żech ci na Godni Świynta pokazowoł łeb łod tej ryby, co my dostali łod ujka Karlika? Tam była tako kość, co wyglondała jak krziżyk, to Ponbóczek doł szczuce na pamiontka, za to, że mu chciała pomóc!
A Wy jako myślicie, była to ryba abo kokot, a możnej jeszcze jaki insze stworzyni?!
Grymlino.
Jeśli podobało Ci się opowiadanie “Kaj sie stracił szczworty gwoźdź łod Pana Jezusa” to zapraszam do czytania innych z cyklu po naszymu
Koniecznie zajrzycie na mój profil na Facebook.
ło naszyj godce
E. M. Grymel
Ło naszyj godce
A to wszystek było tak:
Moji starziki mieli staro zegrodka,
Kaj na gorce rosła szumno płonka.
Ludzie przi płocie radzi przistowali,
Bo sie wielce tej płonczce dziwowali,
Co ze strony jednej
Płonki miała czerwione,
A ze drugij – gruszki miodowki
Porzad jeszcze zielone!
Śliwki jeszcze nasz starziczek
Chciał zaszczypić na ni,
Jednako to sie mu niy udało,
Bo to z resztom niy sztimowało!
Ze tom naszom godkom,
Bez lot setki być musiało
Jako z łod starzika płonkom!
Chocioż sztam ślonski je nasz
Som tam tyż słowa cudze kajjaki,
Co jako te gruszki zielone
Same ku ni przirosły niyproszone,
A wszystki som niy łod parady
I tak na nasze przekryncone,
Że skond sie wziyny
Rozeznać niy dosz rady!
Były tyż słowa taki
Jako śliwki starzikowe,
Co sie na ni niy zaszczypiły,
Bo sie ku tej naszej ślonski godce
Wcale niy godziły.
– – –
Jeśli spodobał Ci się wiersz “Ło naszyj godce”- zapraszam do czytania mojej poezji
Koniecznie zajrzyj też na mój profil na Facebook
Lochy i chodniki żorskie w opowieściach mieszkańców
Lochy i chodniki żorskie w opowieściach mieszkańców
Mojemu miastu z okazji Urodzin
Jeszcze w latach 60 ubiegłego wieku starzy ludzie opowiadali, że pod miastem znajdują się lochy i chodniki.
Byli podobno tacy śmiałkowie, którzy tam byli, ale daleko nie uszli, bo pełno tam pułapek: rzeczek, rowów i dziur, a samo sklepienie w wielu miejscach było zawalone. Jeszcze na początku lat 80 wspominał o tym mieszkaniec Kościółka, który powoływał się na opowieści swego dziadka i wujka.
Kiedy zaczęto budować w mieście domy z cegły,
można było przechodzić z jednej piwnicy do drugiej i obejść w ten sposób niemal cały rynek. Według znanych mi opowieści z piwnic tych w dwóch punktach wchodziło się do podziemnych lochów i ganków, które miały się ciągnąć od podziemi starego kościoła (przy obecnej ul. Ks. Klimka), pod rynkiem do piwnic nie istniejącego już ratusza stojącego niegdyś na środku rynku i dalej kierować się na południe. Jedno wyjście znajdowało się podobno w okolicy dzisiejszego cmentarza ewangelickiego, w starej zrujnowanej kaplicy, poświęconej św. Barbarze. Inne odgałęzienie tego chodnika prowadziło, aż do zamku w Baranowicach. Jeszcze inny ganek miał biec w kierunku Rybnika od podziemi kościoła farnego aż do stawu „Kościelniok”. Dodatkowe wyjście z lochów miało też znajdować się przy drodze do Osin, koło nieistniejącego już dziś stawu „Głęboki Dół”. Niektórzy opowiadający wskazywali na kamienną piwnicę domu nadzorcy dworskich stawów. Budynek ten istniał jeszcze w latach 30. ubiegłego wieku.
Po raz pierwszy żorzanie wykorzystali swoje podziemia w czasie wojen husyckich.
To właśnie nimi miał wyjść posłaniec zdążający po pomoc do raciborskiego księcia. Tak pisze Karol Miarka starszy w swojej książce „Husyci na Górnym Śląsku”.
Za o wiele większą sensację może uchodzić podziemny ganek rzekomo łączący zamek baranowicki z cmentarzem, a nawet kościołem ewangelickim. Chodnik ten miał być tak szeroki, że mogły się w nim wyminąć dwie bryczki. Opowiadano też, że pod zamkiem w Baranowicach miały się znajdować trzy kondygnacje piwnic, które służyły jako skład wina, żywności i jako lodownia, ale wejść mogły tam tylko wyłącznie osoby zaufane. Istniał też podobno ganek, który prowadził ze starej części zamku do śródleśnych bagien. Według jednej z opowieści piwnice pod starą częścią budynku zasypano w XIX w. w trakcie przebudowy. Jeszcze przed II wojną św. W pobliżu pałacyku znajdowała się lodownia z dwoma poziomami piwnic. Obecnie nie ma po niej śladu.
Szanowny Czytelniku, sam osądź, ile jest w tym wszystkim fikcji a ile historycznej prawdy!
Jeśli podobało Ci się opowiadanie “Lochy i chodniki żorskie” to zapraszam do czytania innych z cyklu opowiadania
Koniecznie zajrzycie na mój profil na Facebook.
Elżbieta Grymel – Grymlino