M. Grymel

Koncert na akordeon i wiolonczelę 

 

Zaczyna on  

Cicho, ale piskliwie, jakby się skarżył,

 A potem wybucha  gromkim śmiechem,

 Jak sztubak, któremu udała się psota!

Ona go karci

Wpadając w niskie, gardłowe tony!

A on ucieka od gderania, ze śmiechem

Czyniąc wolty, wymyka się w opłotki!

Teraz to ona

Głos podnosi coraz wyżej i krzyczy,

A potem jakby zrezygnowana, mięknie

I krztusi się na niskich rejestrach…

A akordeon?

Zasmucony a jednak cały w lansadach

Przeprasza śpiewając ckliwą serenadę…

Lecz ona

Zna go zbyt dobrze, żeby uwierzyć!

Nie pierwszy raz porwała go ulica

Ta przekupna, bezczelna marketanka…

On, choć układny,

Wciąż tęskni za objęciami tamtej ulicznicy,

 Mówiąc zdumionej Wioli:

Taki gust mam plebejski, panienko!

On wie,

Że jego jawna drwina boli,

Jakby ktoś palił gorącym żelazem!

Więc wiolonczela płacze i przeciągle szlocha!

A on patrzy z ukosa

I z szelmowskim błyskiem w oku czeka,

Aż ona mu zdradę wybaczy, bo kocha…

I tak od lat stu z okładem, ten koncert grają razem!

Jeśli spodobał Ci się ten wiersz – zapraszam do czytania mojej poezji

Koniecznie zajrzyj też na mój profil na Facebook

 

 

Pin It on Pinterest

Share This

Udostępnij!!!

ten post swoim znajomym!