Korale żorskiej Matki Bożej

Tekst nagrodzony w konkursie literackim „Historie (nie) zapomniane” przez miesięcznik „Bluszcz” maj 2009 r ( str.54 ).

Jako mała dziewczynka często chodziłam z babcia do kościoła. W tamtych czasach nabożeństwa były bardzo długie, nawet zwykła msza trwała ponad godzinę. Długie oczekiwanie rekompensowała mi możliwość „pójścia na ofiarę”, kiedy to my, zwykli śmiertelnicy, mogliśmy wejść za balaski i przejść za samym ołtarzem, gdzie było ciemno, chłodno i pachniało starym drewnem i kurzem. Zanim jednak wkroczyłam w ten mroczny świat mijałam po drodze gablotki z wotami złożonymi Matce Bożej Miłosiernej.

Czego tam nie było: wytłoczone w pozłacanej lub posrebrzanej blasze oczy, ręce, nogi, malutkie postacie aniołków i dzieci, serca z promykami lub bez, korale z żółto-mlecznego bursztynu o wielkich owalnych paciorkach, dziwne, duże różańce i wiele innych ozdób, przeznaczenia których nie byłam w stanie odgadnąć. Lubiłam popatrzeć na nie chociaż przez chwilę. Kiedyś moją uwagę przykuły trzy grube sznury czerwonych korali i zawieszony tuż obok spłowiały, jasny spleciony w warkocz kosmyk falistych włosów przewiązany równie spłowiała wstążką, której koloru nie dało się określić.

Wydawało mi się, że ten ostatni przedmiot nie pasuje do reszty. Po mszy zapytałam o to babcię, ale moja babcia nie była rodowitą żorzanką i na temat tej historii wiedziała niewiele, tylko tyle, ile usłyszała kiedyś od nieżyjącego już męża (a mojego dziadka), który pochodził z Baranowic: miała to być historia jakiejś wielkiej miłości. Kilka lat później opowiedziała mi ją pewna kobieta, która przed laty służyła u mojego dziadka ze strony ojca.

To był prawdziwy skandal,

dworski wyrobnik odważył się zakochać w gospodarskiej córce! Biedny „jak kościelna mysz” chłopak pracował we Starym Dworze leżącym na pograniczu Baranowic i Dolnych Osin. Jego wybranka była córką najbogatszego gospodarza we wsi. Młodzi spotykali się w tajemnicy w pobliskim dworskim lasku.

Jakaś „usłużna, a może zazdrosna dusza” doniosła o tym ojcu dziewczyny, a on urządził na nich zasadzkę. Z pomocą swoich „pachołków” pobił chłopaka a dziewczynę zaciągnął za warkocz do domu i zamknął w ciemnej komorze. Sądził, że jak posiedzi w ciemnicy o chlebie i wodzie, to po kilku dniach spokornieje i przystojny biedak wywietrzeje jej z głowy. Młodzieniec nie dawał jednak za wygraną: ze swoim wujem, który był dworskim cieślą poszedł nazajutrz prosić o rękę dziewczyny. Gospodarz przyjął ich przed sienią. Słysząc prośbę chłopaka, zaśmiał się szyderczo:

-Co ty se myślisz dworsko plewo, że ci dom moja dziołcha? Jom dostanie yno taki bogocz, co ji kupi ze trzi sznurki prawych a rubych pociorków, a ty tego we życiu mioł niy bydziesz, zasrańcu! Jak by niy twój ujek, co go szanuja, to bych ci downo nogi ze zadku wytargoł! Som uwidzisz, że moja Neżka bydzie tańcować na swoim weselu na Godni Świynta, a ło ciebie zapomni…

Te okrutne słowa zapadły młodemu Mateuszowi głęboko w serce.

Wiedział, że ojciec Neżki nigdy nie rzucał słów na wiatr. Do Godnich Świont zostało zaledwie kilka miesięcy. To był zbyt krótki czas, żeby zarobić na trzy sznurki „szumnych” a do tego jeszcze „prawych” korali. Na to trzeba by było kilku lat, a dziewczyna nie mogła czekać tak długo. Te korale stały się w końcu jego obsesją: myślał o nich w dzień i śniły mu się po nocach.

-Idź ty synku lepi do spowiedzi , bo coś mi sie zdo, że cie tyn czorny zaczyno kusić, a to sie musi źle skończyć! – poradził mu „ujek”.

Mateusz posłuchał rady wuja i wczesnym rankiem, choć to był dzień powszedni, wkroczył do żorskiego kościoła. Od razu skierował swe kroki do bocznej kaplicy Matki Bożej obok, której stały konfesjonały. Ukląkł na klęczniku, żeby się pomodlić przed spowiedzią, kiedy uniósł głowę i spojrzał na oblicze Madonny, doznał olśnienia! Obraz okrywała nowa „sukienka” ze złoconej blachy pokryta wielobarwnymi klejnotami a w okolicy szyi Matki Bożej umocowano trzy grube sznurki prawdziwych korali. Przedmiot jego marzeń był w zasięgu ręki, wystarczyło się tylko wspiąć! Jest przecież młody i zwinny… Czerwona mgła zasnuła mu oczy, wybiegł z kościoła jak „oparzony”, nie wiedział nawet, jak dotarł do domu!

Od tego czasu nie mógł opędzić się od pokusy: nie jadł, nie spał, dzień i noc siedział tylko pod dworska stodołą, nie reagował na ludzi, choć wodził za nimi dzikim wzrokiem, był bliski obłędu! …Któregoś dnia zniknął.

Nogi same go poniosły pod żorski kościół.

Prawie cały dzień przeleżał w bocznej nawie, ukryty pod ławą stojącą w ciemnym kącie. Odważył się wyjść dopiero, kiedy kościelny zamknął ostatnie drzwi. Szedł prosto do kaplicy, tam w mdłym świetle „lampki oliwnej” płonącej nad tabernakulum zobaczył to, po co przyszedł: korale wisiał na swoim miejscu! Teraz tylko się wspiąć!

Obraz wisiał jednak wyżej niż sądził i nie mógł dosięgnąć przedmiotu swych pragnień, dlatego postanowił wesprzeć nogi na potężnym świeczniku stojącym obok. Prawą ręką uchwycił się gzymsu ołtarza a lewą usiłował odczepić korale od blachy pokrywającej obraz. Szło mu dość nieporadnie! Kiedy miał już korale w ręku, jeden nieopatrzny ruch spowodował, że pośliznęła mu się noga i świecznik spadł z hukiem na ziemię. Złodziej zawisł kilka metrów nad ziemią! Gnany strachem chciał zeskoczył, ale wtedy poczuł, że coś trzyma go za włosy. Uczepiony gzymsu doczekał świtu. Mimo nie wygodnej pozycji Mateusz miał czas zastanowić się nad swoim postępkiem i prosić Matkę Boża o przebaczenie.

Kiedy o świcie usłyszał zgrzyt klucza w zamku, zaczął wzywać pomocy.

Przerażony kościelny pobiegł od razu po proboszcza. Przyniesiono drabinę, ale włosów chłopaka nie udało się rozplątać i trzeba było odciąć cały pukiel, który zaczepił się o wystający detal ramy obrazu.

Ponieważ była to niedziela, zanim winowajca zdążył zejść na ziemię, kościół był pełen ludzi. Wśród nich byli Neżka i jej rodzice. Dziewczyna z płaczem padła na kolana. W ślad za nią poszedł tłum wypełniający świątynię, a proboszcz zaintonował modlitwę błagalną, tylko ojciec dziewczyny stał jak skamieniały, ocknął się dopiero, kiedy ksiądz objaśniony przez młodych , co było przyczyną desperackiego czynu chłopaka, dotknął jego ramienia.

-Pozwólcie gospodorzu, dzieckom sie pobrać! Widzicie, Paniynka sie na nich niy gorszy, bo inacy by sam wos niy prziwiodła!

Wszystko skończyło się dobrze: młodzi pobrali się na Godni Świynta i doczekali gromadki dzieci. Ojciec Neżki wbrew obawom polubił pracowitego zięcia, któremu robota paliła się w ręku. Cała historia poszłaby z pewnością w zapomnienie, gdyby nie miejscowe „starki”, które pokazywały swoim wnukom zawieszony wśród wot kosmyk włosów i opowiadały o niedoszłym złodzieju zawieszonym przez Matkę Bożą na włosku po to, żeby uchronić go przed większym grzechem, jakim było świętokradztwo!

Od autorki: Opowieść o podobnej treści zacytowała w jednym z artykułów kilka lat temu „Gazeta Żorska”

Zapraszam do czytania mojej poezji oraz opowiadań.