Pamięci babci Elżbiety.

Jak tylko sięgam pamięcią, moja babcia Elżbieta śpiewała zawsze od samego rana. Dni, kiedy było u nas cicho, można byłoby policzyć na palcach, babcia była wtedy chora albo miała jakieś naprawdę wielkie zmartwienie. Wstawała skoro świt i sprzątała sypialnię, śpiewając przy tym przeróżnie litanie, obowiązkowo dziesiątkę różańca i tuż przed śniadaniem ( już razem ze mną ) pieśń „Kiedy ranne wstają zorze…”, zaś wieczorem przed snem ” Wszystkie nasze dzienne sprawy”. W sobotę rano przy pracy śpiewałyśmy ”Godzinki ”. Powtarzałam za babcią staropolskie frazy, prawie nic z nich nie rozumiejąc i łącząc w bardzo śmieszne ” zbitki wyrazowe”. Postronni słuchacze śmiali się, ale nikt nie pofatygował się wytłumaczyć mi ich znaczenia, bo jak mawiała moja babcia – ”co tu tłumaczyć, modlitwa to modlitwa”, a ja długo jeszcze myślałam, że wszystko jest w porządku i starałam się najlepiej jak umiałam, czyli głośno.

Przed południem repertuar ulegał częstej zmianie. W maju śpiewałyśmy pieśni maryjne, w czerwcu do Serca Jezusowego, z moją ulubioną „Miałem ci ja w sercu Jezusa miłego…”, w okresie Bożego Narodzenia kolędy i kantyczki, a po Popielcu pieśni wielkopostnie.

Wtedy też babcia unikała śpiewania pieśni świeckich, mawiając: ”niy godzi sie radować, bo Pon Jezus wisi na krziżu”. W czasie wakacji śpiewałam z babcią tzw. „pieśni przygodne” o różnych świętych: „Szczęśliwy, kto sobie patrona Józefa…”, „Jacku, ziemi śląskiej kwiecie …”, „Szła Dorotka przez Pański dwór…”, „Agnieszko, róża biała…” i o Janie Nepomucenie.

Przed obiadem przychodziła kolej na pieśni świeckie: „Wedle drogi oset…”, „O rzebyczku ogrodowy, o różyczko woniąca…”, „Za stodołą na rzyce…” i wiele jeszcze innych na tzw.” czeską nutę”. W tej ostatniej pojawiały się często niecenzuralne słówka i mój ojciec krzywił się za to na swoją teściową, dlatego śpiewałyśmy ją tylko wtedy, kiedy nie było go w domu.

Inne piosenki

Czasem śpiewała też nasza starsza wiekiem sąsiadka, z którą moja babcia właściwie się przyjaźniła, co nie przeszkadzało im czasem „boczyć” się na siebie właśnie z powodu śpiewania. Piosenki dolatujące z sąsiedniego mieszkania były dość frywolne. Jak tylko usłyszałam refren: „U tej naszej Hanki cycki jako dzbanki…”, wiadomo było, że babcia z trzaskiem zamknie okno i nie usłyszę dalszego ciągu, który z pewnością był nie mniej ciekawy, jak „śpiewki” o nauczycielu, księdzu i organiście. Nie rozumiałam ich do końca, ale podświadomie wyczuwałam chyba jakieś podteksty, bo bardzo gniewały moją babcię, która straszliwie rozsierdzona „wyrzekała” pod oknem sąsiadki:

– Na rechtorów niy śpiywej, bo to som mondrzi ludzie, jakby niy łoni, to byś jeszcze teroz bez żerdka srała, ale tobie to ani niy dziwota, boś do szkoły niy chodziła, yno za synkami lotała…a ksiyndzom dej pokój, bo gdo na ksiyndza godo, bez ksiyndza łumrze, pamiyntej!

Kiedy byłam mała zawsze się zastanawiałam, dlaczego babcia nigdy nie brała w obronę organisty. Dopiero wiele lat później zrozumiałam, że ksiądz i nauczyciel to były dla mojej babci autorytety. A organista? Widać nie bardzo…

/Tekst mojego autorstwa, drukowany w tygodniku „Nowiny” (rybnickie) w styczniu 2004r./

Pin It on Pinterest

Share This

Udostępnij!!!

ten post swoim znajomym!