Nowy domDom… Wtedy był nim malutki budynek gospodarczy na zupełnym odludziu, wśród pól i sadów. Od najbliższego sąsiada dzieliło nas około trzystu metrów, do ulicy w linii prostej było ponad sto, a drogą dojazdową co najmniej dwieście z „hakiem”. W koło panowała cisza, która aż dźwięczała w uszach. Czasem wiosną przerywał ją śpiew ptaków albo letnią, upalną nocą świergot świerszcz. Kiedy indziej zapowiadający deszcz rechot żab na Głębokim Dole. I ta wszechobecna przestrzeń, której mi teraz tak bardzo brakuje: te miedze zielone i łany złotych zbóż, poprzerywane kartofliskami, ciągnące się aż po horyzont… Zimą zaś skrzypiący pod butami zmarznięty śnieg, pokryty tropami zajęcy i kuropatw przywoływał obrazy z baśni o Królowej Śniegu…
Wiem, że moje „bajeczne” dzieciństwo już nie wróci, ale w głębi duszy i w snach wciąż jestem tą małą dziewczynką z domku oplecionego winoroślą. Pasącą gęsi na miedzy albo biegającą po ukwieconym sadzie w towarzystwie dużego, czarnego psa. Na jawie tego domu już nie ma. Trzeba go było zburzyć, żeby zbudować rurociąg doprowadzający ciepło do osiedlowych bloków. Pozostał po nim tylko próg. Najdroższa pamiątka mojego beztroskiego dzieciństwa! Biednego, ale najsłodszego, którego nie zamieniłabym na żadne inne, choć często zimą okna pokrywała gruba warstwa lodu, to wszelkie niewygody rekompensowało nam wieczorne czytanie baśni przy rozpalonym „zieleźnioku”. To zapewne moja mama, wielbicielka baśni i legend, zaszczepiła we mnie chęć pisania…
Elżbieta Grymel – Grymlino
Cytowany fragment pochodzi z mojego niepublikowanego opowiadania „Kocham to miasto czyli moje żorskie domostwa”
Elu piękne opowiadanie, świta mi że tak mogło być ☺
Dziękuje bardzo.